#2 Tryptyk Sylwestrowy

Część pierwsza: „Wieczór”

„Gdy cię spotkałem raz pierwszy,
Mokre pachniały kasztany,
Zbyt długo mi w oczy patrzałaś —
Ogromnie byłem zmieszany.

Pod mokre płaty gałęzi
Szedłem za tobą w krok.
Serce me trzymał w uwięzi
Twój fiołkowy wzrok.

Dawno zużyte słowa
Wróciły do mnie znów
I zrozumiałem od nowa
Znaczenie prostych słów.

I tak się jakoś stało,
Że bez tak pachniał — jak bez,
I słowo «pachnieć» pachniało,
I łzy były pełne łez.

Tęsknota, słowo zużyte,
Otwarło mi swoją dal…
Jak różne są rzeczy ukryte
W króciutkim wyrazie: żal.”

(A. Słonimski, „Żal”, 1919)


Książę

„Należy przede wszystkim całą tę sprawę utrzymywać w ścisłej tajemnicy — tak długo, jak to tylko możliwe — pomyślał Książę. — Oszczędzi to trudnych pytań i pozwoli na nieskrępowaną wolność w obcowaniu ze sobą… przynajmniej na jakiś czas”. Przechadzając się w mroźny poranek, chłonął z niedowierzaniem każdy łyk powietrza, próbując poukładać sobie w rozpalonej głowie plan na ostatnie kilkanaście godzin starego roku, które miały dopiero nadejść.

Książę był człowiekiem w kwiecie wieku, tyleż bystrym co zuchwałym. Rzadko wiedział, czego chce, lecz kiedy już się do czegoś zapalał, rozpisywał dokładny plan działań i doprowadzał sprawę do końca z żelazną konsekwencją. Nie leżało w jego naturze uleganie zwątpieniu czy pochopne zmienianie raz poczynionych ustaleń — co więcej, przejawiał sporą dozę apodyktyczności. W końcu nie bez kozery Księżniczka nazywała go Księciem Dyktatorem.

A jednak zadanie, jakie czekało dziś Księcia Dyktatora, zdawało się go przerastać. Tyle było niewiadomych, tyle rzeczy mogło pójść nie tak, jak to sobie zaplanował. „Księżniczka przyjeżdża dopiero o wpół do drugiej po południu, nie ma więc potrzeby nikomu nic mówić aż do czasu wyjazdu na dworzec — myślał. — Z drugiej jednak strony, to trochę szalone sprowadzać do domu zupełnie obcą wszystkim domownikom osobę, której przecież samemu nie widziało się jeszcze na oczy, nie uprzedziwszy ich. Tak, ale gdybym był im to wcześniej powiedział, niekończąca się tyrada pytań i zastrzeżeń doprowadziłaby nas wszystkich do szaleństwa — rozumował”.

Tak czy owak, plan był prosty. Czy wykona go z aprobatą najbliższych czy bez — było dla Księcia nieistotne. Poczuł błogość na myśl o Księżniczce. Szczególnie ciepło wspominał jedną z wielu tekstowych rozmów, jakie przeprowadzili przez Internet. Miała miejsce wczoraj, a dotyczyła wydawałoby się zwykłych spraw dnia codziennego. Niby nic szczególnego, a jednak pewien fragment zapadł mu głęboko w pamięć…

Świadomość Księcia dryfowała teraz gdzieś hen, wysoko, tam, gdzie rzeczy przyziemne stają się tak małe, że przestają mieć znaczenie, zaś rzeczywistość zlewa się z fantazjami w jedną, niedookreśloną całość. W ciemnych zakątkach jego duszy namnażały się najrozmaitsze, mniej lub bardziej sprecyzowane marzenia, wzrastające na agarze jego prawdziwych wspomnień.

— Księżniczko, wymieniłem baterie w wadze. Regularna kontrola moich postępów daje mi motywację. Gdyby nie ta motywacja, nie jadłbym pewnie już nic.

— Znów minusy? — odrzekła zatroskana Księżniczka.

— Niestety. — skwitował Książę. — Ale… nie mówię ci o tym bez powodu.

Choć palce Księcia, pisząc te słowa, zachowywały pozorny spokój, serce tłukło mu się w piersi niczym owad złapany w pajęczą sieć. „Czy zrozumie, czego śmiem od niej żądać?… — zapytywał swoje myśli. — Czy zrobi dla mnie to, czego nie zrobiła dotąd dla żadnego innego, ba!, czego nie robi nawet dla siebie? Czy uda mi się złamać jej wewnętrzny opór?… A jeśli nawet… to czy nie będzie to li tylko pyrrusowe zwycięstwo; czy — zraniona nietaktem — nie odwróci się ode mnie i nie odejdzie, by nigdy już nie napisać? Po tym wszystkim, co między nami zaistniało, wydaje się to mało prawdopodobne… lecz czy natura ludzka nie jest nieprzewidywalna? — drążył. — Tak czy owak, jeśli to będzie dla niej powodem do zerwania naszych stosunków… tym gorzej dla niej, będzie to bowiem znaczyło tylko tyle, że była osobą niegodną zainteresowania. Tak, niegodną zainteresowania”. Tu przemyślenia Księcia zwolniły biegu.

— Nie wiem co masz na myśli — odparła nieprzekonująco Księżniczka. — Bądź łaskaw nie trzymać mnie w niepewności i powiedzże, o co ci chodzi!

Minęło kilka gęstych od napięcia minut. W końcu Książę Dyktator uznał, że najlepszym sposobem przyparcia Księżniczki do muru będzie delikatna sugestia z użyciem jej własnych słów z bloga Feedera.

— Wiesz, nie jestem ani dietetykiem ani członkiem rodziny…

Zaledwie Książę wcisnął klawisz Enter, w okienku czatu ukazała się informacja o przeczytaniu tej wiadomości. Upłynęło kilka chwil.

— Jesteś potworem! — wypaliła Księżniczka.

Zapadła cisza. Czy była zła czy tylko podniecona? Czy to był koniec czy… początek? Początek czegoś jeszcze piękniejszego? Wielu mogłoby w tym punkcie przypieczętować książęcą porażkę, lecz nieomylny instynkt Księcia zapewnił go, że to tylko przejściowy bunt, który nie pozostawi trwałej urazy w psychice Księżniczki. Osiągnął przynajmniej częściowe zwycięstwo. Wybadał grunt. Zasygnalizował swój zamiar i doświadczył jej reakcji na wieść o nim. — Wrócimy do tej rozmowy jutro — uciął.

Gdy tak stał, zatopiony bez reszty w swoim świecie wewnętrznym, świat zewnętrzny postanowił sprowadzić go na ziemię. Nagle poczuł otrzeźwiający kubeł zimnej wody, który w mgnieniu oka wygasił jego myśli.

„Nadchodzę” — ujrzał na ekranie swojego telefonu Książę Dyktator. Pochłonięty rozważaniami, musiał był widać zupełnie stracić rachubę czasu.

Wiedział już, że nie dotrze na czas, przeczuwał instynktownie, że trudno mu będzie zachować twarz wobec Księżniczki. Czym prędzej pobiegł na przystanek, próbując rozpaczliwie ułożyć sobie w głowie oficjalną wersję ich znajomości, a następnie zadzwonić, zakomunikować ją rodzinie, wytłumaczyć jakoś to, co miało nadejść. Skąd się znali? Kim dla siebie byli? Kim Ona jest?

Bolerko

— Wiesz, nie mogę znaleźć bolerka — usłyszał Książę w słuchawce. — Suknię ze wszystkimi dodatkami mam, ale bolerka chyba nie wzięłam. Jeszcze u ciebie wypakuję tę moją walizkę, bo w pociągu jest trochę ciężko. A jak się nie znajdzie, to będziemy musieli coś kupić po drodze.

A jednak: los wziął sprawy w swoje ręce. Na misternym planie spędzenia tego dnia, układanym od kilku dni w myślach przez Księcia, pojawiły się pierwsze rysy. Chodzić po sklepach? On z nią? Nie widzieli się jeszcze nigdy! Nie wiedzą nawet, czy się dogadają. Jak będą razem wyglądali? Nie licząc tego, co udało mu się wywnioskować na podstawie kilku zdjęć, które spłaszczają przecież trójwymiarową rzeczywistość, Książę nie miał pojęcia, jak prezentuje się Księżniczka; jak się zachowuje; jaką ma osobowość w bezpośrednim kontakcie. A jeśli się pokłócą? A jeśli — co gorsza — podczas tych zaimprowizowanych zakupów któreś z nich popełni jakieś głupstwo, które skreśli je w oczach drugiego? Jakże wtedy spędzą ze sobą cały dzień i całą noc? Jak to wpłynie na formę Księcia podczas jego dzisiejszego wieczoru?

— No dobrze. To do Złotych Tarasów będzie najbliżej, tam pewnie się coś wybierze — odpowiedział.

* * *

— Gdzie jesteś?

— Wyszłam i stoję przed wyjściem. Po lewej mam Pałac Kultury, po prawej Marriotta.

Książę próbował zwizualizować sobie miejsce, w którym mogła teraz stać Księżniczka. Krytyczna chwila była coraz bliżej.

— Ja właśnie wychodzę — powiedział, nerwowo mierząc wzrokiem każdą napotkaną kobietę. „Przecież to nie może być żadna z nich — myślał Książę, — Księżniczka wyraźnie powiedziała, że już wyszła z hali”. W głowie odtwarzały mu się wciąż jej własne słowa z bloga: „Rozglądam się niespokojnie, usiłując dostrzec moją randkę. Staram się skalibrować wzrok z tym, co w tobie zapamiętałam ze zdjęcia, i wyłapać cię w tłumie”…

Wtem na końcu pasażu zobaczył rękę trzymającą telefon przy uchu; do ręki dołączona była sylwetka dziewczyny o ślicznych czarnych włosach do ramion, odwracająca się sprężystym ruchem w lewo. — Tak, no właśnie… już cię widzę… — wykrztusił.

Był jakby w transie. Widział, ale nie był w stanie się przyjrzeć. Widział zaś znaną jedynie z fotografii, roześmianą, serdeczną twarz o delikatnych rysach, kształtnych policzkach i pięknym, prostym nosie. To zaiste bardzo dziwne uczucie, gdy widzi się, jak grupki pikseli z kilkunastu zdjęć przedstawiających kilkanaście ledwo podobnych do siebie osób nagle ożywają, nabierają charakteru, łącząc się w jedną osobę; osobę, która mówi, myśli, porusza się, jakoś się zachowuje…

Choć było w jakimś sensie ustalone, że na powitanie się pocałują, Książę, kompletnie onieśmielony, wykonał ledwie jakiś niezborny, machinalny ruch w kierunku twarzy Księżniczki. Trafił w policzek.

Oboje uśmiechali się przez cały czas. Minęło kilka chwil. Książę zastanawiał się, na co czekają, stojąc przed wejściem do centrum handlowego.

— Wiesz, ja w ogóle jestem okazjonalnym palaczem — zaczęła wesoło nowopoznana dziewczyna. — Nie wiem, jaki ty masz stosunek do… — urwała.

Ta nowa porcja informacji o Księżniczce prawie ścięła Księcia z nóg. Temat wszelkich używek był w jego życiu tematem tabu. Nagle poczuł się bardzo głupio.

— Oczywiście, oczywiście — wybełkotał, nie mogąc zebrać myśli.

Stojąca przed nim dziewczyna wyjęła paczkę niebieskich Winstonów¹ i zapaliła. Nagle poczuł jakby zmalał o kilkanaście centymetrów.

Kompletnie stracił impet. W momencie krótkim jak błyskawica cała jego pewność siebie wyparowała, a jego życie jak gdyby skończyło się i zaczęło na nowo, w całkiem innej odsłonie. Nie był już Dyktatorem; nie był już nawet Księciem. Był tylko Wroubelkiem, podskakującym na swych patyczkowatych nóżkach gdzieś dokoła i ćwierkającym coś cichym głosikiem; był maleńką, nic nieznaczącą istotką, mogącą jedynie obserwować bieg wydarzeń i zgadzać się nań.

Tymczasem Madame Sensitive wciągała dym z zadowoleniem, sprawnie balansując ręką między ustami a popielniczką od kosza na śmieci. Spędzili kilka minut na głupiej gadce o niczym. A jednak, rozpaczliwie broniąca się przed unicestwieniem świadomość Wroubelka nie dawała za wygraną.

— Daj mi bucha, ja dokończę — powiedział, kiedy papieros był już prawie cały wypalony.

— Ale to będzie niesmaczne! — odpowiedziała rozbawiona Madame Sensitive.

— Nieważne, ja lubię końcówki — skłamał Wroubelek.

Uderzył go smród niskiej jakości tytoniu². Wziął kilka pociągnięć, zgasił niedopałek na metalowym blacie, po czym zwrócił się w stronę Madame:

— To co, pójdziemy teraz, tak? Zobaczyć, kupić? — zaczął niemrawo.

— Zajmiesz się moją walizką?

To pytanie ostatecznie przypieczętowało bezradność Wroubelka. Przecież powinien był pamiętać, by zaproponować to samemu.

— Nie wiem, czy mam cię trzymać za rękę? — zapytał. Był w rozsypce. Teraz mogli być równie dobrze parą obcych sobie ludzi. Nie miał pojęcia, czy był właśnie takim, jakim go sobie wyobrażała; nie miał pojęcia, czy już nie stracił w jej oczach; nie miał pojęcia, czego ona od niego oczekuje.

Nie odpowiedziała. Ruszyli. Przeszli przez obrotowe drzwi, kierując się w stronę planu centrum handlowego.

— Najpierw papu czy zakupy? — spytała Madame.

— Nie, może najpierw miejmy to bolerko z głowy — odpowiedział Wroubelek.

Madame wybrała kilka sklepów, w których zazwyczaj robi zakupy. Poszli do pierwszego z nich. Po krótkich poszukiwaniach na własną rękę, Wroubelek postanowił spytać ekspedienta o bolerka.

— Nie, nie mamy w ogóle — odpowiedział młody chłopak. — Ale mamy szale.

— Chodź, Sensitive, może taki szal byś zmierzyła?

Niestety szal nie zakrywał ramion, a o to przecież chodziło — nie było więc sensu go mierzyć. Sytuacja powtórzyła się w drugim sklepie, jak również i w dwu kolejnych. Wroubelek dreptał krok w krok za Madame. Czuł się głupio, nawigując niezdarnie walizką w wąskich przejściach między półkami. Stawali się coraz bardziej głodni.

W końcu zdecydowali się na przymierzenie jednego z szali. Gdy stali w kolejce do przymierzalni, Wroubelkowi wpadło w oczy nienawistne spojrzenie, jakim obrzuciła Madame Sensitive chuda dziewczyna o szczurzej twarzy stojąca przed nimi. Nagle poczuł niewytłumaczalny przypływ rozpierającej go dumy na myśl o tym, że stoi obok tak znakomitej osoby; że jest tu razem z nią; że coś ich łączy. Incydent ten uszedł uwadze Madame, zajętej opowiadaniem zabawnej historii o zakupie ubrań.

— Wyjmijmy suknię z walizki, przymierzę wszystko razem — stwierdziła, po czym z suknią i szalem w ręku weszła do ciasnego pomieszczonka i zasłoniła zasłonkę.

Zasłonka nie przylegała szczelnie do ścianek boksu. W pewnym momencie mimo woli przemknął Wroubelkowi przed oczyma widok odsłoniętej talii Madame. Czuł, że usta niechcący układają mu się w uśmiech; czuł, że twarz mu promienieje.

— Jak wyglądam? — spytała Sensitive po chwili, wychodząc zadowolona na korytarzyk z lustrem. Wroubelek przybliżył się do niej, jak gdyby chcąc ją zasłonić przed całym światem. Nie widział jej jeszcze w takim stroju na żywo. Głos w głębi duszy mówił mu, że nikt obcy nie powinien jej teraz oglądać.

— Jak dla mnie może być — odparł, podekscytowany widokiem Sensitive, lecz niezbyt zachwycony szalem.

— Nie, wiesz, myślę, że pójdziemy jednak znaleźć bolerko. Ta kombinacja wcale mi się nie podoba — odparła, po czym wróciła do boksu, by zdjąć swoją suknię. Uklękli przy walizce. — Teraz wpakujemy to do środka i uciekamy.

Wybuchnęli oboje gromkim śmiechem. Wyglądało to bowiem tak, jak gdyby chcieli wpakować do walizki również niezakupiony jeszcze szal. Ich roześmiane twarze spotkały się. Rozumieli się bez słów.

Po chwili znów znaleźli się w patio. Teraz byli już naprawdę głodni. Mimo to Wroubelek nalegał na kupno brakującego elementu garderoby. W czasie ostatniej eskapady strasznie zaschło mu w gardle, nie miał jednak nic do picia.

— Masz wodę? — spytał krótko Madame, starając się, by zabrzmiało to po przyjacielsku.

— Tak, mam, ja też się napiję — odpowiedziała, wyjmując półlitrową buteleczkę z torebki. — Jeszcze trochę mi zostało, ale butelkę chcę zatrzymać na podróż — zakończyła Madame z nutą dbałości, z jaką najpilniejsza uczennica notuje zadanie domowe.

Wroubelek, gdyby był na jej miejscu, pewnie powiedziałby to samo; też chciałby zachować drogocenny kawałek plastiku, by móc go w razie potrzeby napełnić ponownie; poczuł nagły przypływ sympatii na myśl o tym, że takie przyziemne problemy dotyczą również Madame.

— A może wejdziemy tu? — spytał Wroubelek, wskazując na jeszcze jeden szyld.

— Nie wiem, wiesz, to jest taki butik. Obawiam się, że to się będzie nieciekawie cenowo kształtować… od razu mniej ludzi jest, widzisz — odpowiedziała Madame Sensitive.

„Oczywiście — pomyślał Wroubelek. — Ale trudno. Takie okazje zdarzają się raz w życiu. Madame musi mieć coś na ramiona. To byłoby strasznie smutne, gdyby miała wieczorem czuć się niekomfortowo jedynie z powodu jakiejś głupiej sumy pieniędzy”.

Świadomość Wroubelka powoli budziła się. Lęk Madame przed wejściem do sklepu i sprawdzeniem, co ma on do zaoferowania, wydał mu się taki nieracjonalny… Przecież przestąpienie progu nie zobowiązuje jeszcze do zakupów. Czuł, że zmuszając Madame do wizyty w butiku, zatrze w pewnym stopniu wrażenie bezradności, jakie dał jej odczuć na początku spotkania.

— Wchodzimy. No chodź, wejdź chociaż zobaczyć, co mają — rzekł zachęcająco Wroubelek.

Butik był malutki, pięć stojaków na krzyż. Madame zatrzymała się po przekroczeniu progu. Wroubelek podszedł do kasy i stanął w kolejce. Nagle uderzyło go, jak wytarty jest jego garnitur w porównaniu z wycyzelowanymi do ostatniego detalu ubraniami kobiet znajdujących się wokoło. Po dłuższej chwili, gdy nadeszła jego kolej, spytał o bolerka. Pani ekspedientka — z sobie tylko znanych powodów — spojrzała na niego wzrokiem człowieka dopiero co zdzielonego w głowę jakimś tępym przedmiotem, niemniej dała się w końcu wyciągnąć zza lady, by mu pomóc. Madame nadal stała przy drzwiach, przytykając nerwowo palce obydwu rąk do kciuków.

— To ma być dla tej pani… — zaczął — No chodźże tu!

— Tylko czy będzie w odpowiednim rozmiarze… — bąknęła Madame, podchodząc.

— A to później na zapleczu poszukam, proszę na razie przymierzyć i zobaczyć, czy krój pani odpowiada — odrzekła ekspedientka, okazując Madame o wiele więcej życzliwości, niż okazała jemu.

— Nie chcesz jednolitego czarnego? — spytał zdziwiony Wroubelek. Znane mu ze zdjęć bolerko, którego Madame zapomniała zabrać, było właśnie takie: słabo prześwitujące i czarne.

— Nie, odpowiada mi takie ażurowe, srebrne.

— Ale masz złotą wszywkę w sukni i wisiorek, to nie będzie pasowało — zaoponował. — No… ale jeśli ci się takie podoba… — powiedział łagodniejszym tonem. Ostatecznie, to Madame miała być zadowolona ze swego wyglądu, jej wola była zatem decydująca. Tymczasem znów znaleźli się w przymierzalni i powtórzyli rytuał wyjmowania sukni z walizki. Po chwili zasłonka się odsunęła a oczom Wroubelka ukazała się ujmująco piękna kobieta.

— I jak, Wroubelku, kupujesz mnie w tym wydaniu? — spytała zalotnie Madame.

— Kupuję cię w każdym wydaniu — wyznał szczerze Wroubelek.

Dopiero teraz niektóre cechy jej fizjonomii stały się dla niego wyraźniejsze niż kiedykolwiek przedtem: aksamitna, pełna blasku skóra, kształtne, powabne ramiona, miękkie policzki, kruczoczarne, lśniące włosy, ciemnobrązowe oczy, będące tak wierną kopią jego własnych oczu… Upajał się myślą, że — przy odrobinie szczęścia — Madame może kiedyś należeć do niego, a on do niej.

Bolerko zostało zakupione. Wracali szczęśliwi, napawając się sobą nawzajem. W końcu przystanęli na chwilę, by odpocząć, gdy sytuacja przybrała nieoczekiwany obrót.

— To co? Pojedziemy teraz do domu. Tylko może wstąpimy do łazienki najpierw? — spytał Wroubelek.

— Wiesz co, w takim razie ja sobie wyjdę zapalić i na ciebie poczekam — odpowiedziała Madame, nieco zmęczonym głosem.

Zaskoczony tą chęcią ponownego zapalenia, Wroubelek wydusił tylko:

— A, to nie chce ci się?… tam?…

— Nieee, wiesz, ja nie potrzebuję — odpowiedziała przeciągając sylaby Madame.

Jakiś trybik w głowie Wroubelka zaskoczył. Instynkt podpowiedział mu, że ten moment jest momentem krytycznym. Nie wiedział właściwie, czy i co mu zagraża, nie wiedział, czemu chęć zapalenia papierosa miałaby być czymś niezwykłym i tak bardzo godnym uwagi; nie wiedział, na czym polega ważkość tej sytuacji. Czuł tylko, że musi coś zrobić. Musi w jakiś sposób odzyskać inicjatywę. Musi w jakiś sposób zmienić bieg wydarzeń, aby odzyskać nad nim kontrolę.

— Nie… — zaczął stanowczo. — Jesteś jak moja matka, „ty poczekaj tu w tej kolejce, ty zajmij tamtą, ja w tym czasie pójdę to załatwić, a jak będzie potrzeba to zadzwonisz — no chyba, żeby się nie udało z tamtym człowiekiem, wtedy powiesz mu, żeby przyjechał, o ile nie przyjechał już wcześniej — i dzięki temu jak oni będą z nim rozmawiać, to będzie myślał, że…” — nie znoszę takich skomplikowanych planów! — wydusił. — Nie znoszę kiedy grupa bliskich ludzi się rozdziela! Albo robimy wszystko razem albo nie robimy niczego wcale!

Wiedział, że ten niespodziewany wybuch może go sporo kosztować, jednak nie był to moment na tego rodzaju kalkulacje. Wlepił oczy w stojącą obok planu centrum ciemnowłosą dziewczynę. Nareszcie, po dłuższej chwili, odnalazł w niej drobniutką, filigranową Księżniczkę, z którą rozmawiał od dwóch miesięcy.

— Ty albo pójdziesz siku razem ze mną albo poczekasz tu na mnie — rozkazał Książę Dyktator. — Potem pójdziemy zapalić — dodał. „W końcu Księżniczka może sobie poczekać, nawet jeśli tak strasznie chce jej się palić; tym lepiej dla niej, że będzie się wstrzymywać — pomyślał”.

— No dobrze, to może ja zadzwonię do rodziny…

— Tak, powiedz, że jeszcze cię nie związałem i nie wrzuciłem do bagażnika — zażartował, po czym pewnym krokiem odszedł.

Po chwili wrócił. Wyciągnął rękę w stronę Księżniczki, chwycił jej dłoń i poprowadził ku wyjściu, odurzony sytuacją. Nie pytał już, czy mu wolno — po prostu wziął ją za rękę, by odtąd trzymali się zawsze razem. Szedł zupełnie na oślep; gąszcz ruchomych schodów w różnych kierunkach przerastał w tym momencie jego możliwości percepcyjne.

— Boże, ty zawsze jesteś taki roztargniony? — spytała zaciekawiona Księżniczka.

— Jaki tam roztargniony! — odparł Książę. — Przecież trafiłem do wyjścia, hihi.

Taak, lepiej było udawać wariata niż okazać zdezorientowanie. Wielki pianista z głową w chmurach… ten stereotyp pasował do niego w tej chwili jak ulał.

Po chwili wyszli na zewnątrz. Książę zapalił Księżniczce papierosa, którego wypalali na spółkę.

— Który to twój papieros w życiu? — spytała rozbawiona Księżniczka. — Zaśliniłeś ustnik.

— Jestem alergikiem, nie mogę tego powstrzymać — odparł Książę. Dziwne uczucie zaczęło w nim wzbierać; uczucie, którego nie potrafił dobrze opisać i zaklasyfikować, nawet w kategoriach pozytywne–negatywne. Postanowił wysłowić to, co dręczyło go od jakiegoś czasu.

— Słuchaj — zaczął, — czy ty aby na pewno jesteś okazjonalnym palaczem?

Wydawało mu się dziwne, żeby okazjonalny palacz palił z taką częstotliwością — a tym bardziej, żeby pierwszym życzeniem okazjonalnego palacza po wyjściu z pociągu było zapalenie. Ponadto — choć nie wiedział czy tak było w istocie, czy też tak tylko mu się zdawało — usłyszał kilka razy mimochodem słowo „nałóg” z ust Księżniczki.

— No pewnie! — stwierdziła energicznie Księżniczka. — Nie jestem na tyle rozrzutna, by kupować fajki regularnie. Po prostu kupuję sobie paczkę od czasu do czasu i wypalam wszystko od razu.

Książę długo milczał; tymczasem Księżniczka zaczęła znów wesoło opowiadać o sobie. Udawał, że prowadzi rozmowę. Temat palenia cały czas gryzł jego sumienie, lecz nie wiedział, jak ubrać w słowa swoje wątpliwości — szczególnie że nie chciał zrazić do siebie Księżniczki na pierwszym spotkaniu.

— Wiesz, palenie jest w sumie do dupy — zaczął, siląc się na blagierski ton.

— No wiem, to kosztuje…

— Nie chodzi o pieniądze! — odparł rozzłoszczony Książę. Zaiste, aspekt finansowy był dla niego w tej chwili najmniej ważny.

— Tu chodzi o ciebie! — powiedział stanowczo. — Słuchaj, palenie mnie podnieca i jako takie może być piękną, erotyczną czynnością wykonywaną raz na jakiś czas przez dwoje zakochanych w sobie ludzi. Ale palenie w oderwaniu od tego kontekstu, palenie na wciąż, palenie z konieczności — jest po prostu zwykłą wadą, niedoskonałością, ułomnością ludzkiej psychiki, nie ma w nim nic powabnego ani podniecającego i powiem ci jeszcze tylko…

— Ależ zgadzam się z tobą w zupełności, Książę! Słuchaj!… Ja naprawdę nie palę codziennie — żachnęła się Księżniczka, przerywając monolog Księcia. — Nie nakręcaj się, proszę… — dodała po chwili, niskim, opanowanym głosem, jak gdyby chciała wytłumaczyć podekscytowanemu przedszkolakowi, że dwa i dwa daje cztery. — Oboje wiemy, że nie przedstawię ci dowodu na to, co mówię, bo to niemożliwe do udowodnienia!… Musisz mi po prostu zaufać.

Księżniczka zachowywała całkowity spokój, gdy wypowiadała te słowa. Biła z jej twarzy pewność siebie, jednak nie zaczepna czy buńczuczna — lecz po prostu szczera i prawdziwa.

— Więc teraz albo możesz na tym poprzestać… albo nakręcać się dalej. Aczkolwiek nie wiem, co miałbyś dzięki temu osiągnąć — dokończyła sucho, jak gdyby stwierdzając fakt, po czym wciągnęła nową porcję dymu.

Książę nie wiedział, czego właściwie oczekiwał teraz od Księżniczki. Jego sumienie zatrzęsło się na myśl o tym, że to ona mogła mieć rację, a on mógł się mylić — wobec czego potraktował ją bardzo niesprawiedliwie. Było mu głupio, że dał się tak ponieść emocjom. Co więcej, nie wiedział nawet, co dokładnie owe negatywne emocje w nim wywołało. Widok palącej Księżniczki rzeczywiście go podniecał. Z drugiej strony nie mógł znieść myśli, że jego Księżniczka miałaby sobie w ten sposób szkodzić. Gdy tak stał, rozdarty między dwoma swoimi własnymi, nawzajem się wykluczającymi popędami, Księżniczka przemówiła raz jeszcze:

— Chodź, zawieziemy rzeczy do domu. Życie jest zbyt krótkie na głupie dywagacje.

— Masz rację — odpowiedział. — Przepraszam cię, Księżniczko.

———

¹ Księżniczka prosi, by Czytelnik miał na uwadze, że zazwyczaj pali ona papierosy innej marki. Dla ścisłości, w opowiadaniu zachowano jednak zgodność ze stanem faktycznym. :]

² Księżniczka zgłasza votum separatum w kwestii jakości tytoniu używanego do produkcji papierosów tej marki.

Szklana płyta

W domu Księcia nie było żywej duszy.

— Mam dla ciebie coś, czekaj, wyjmę z walizki — rzekła zadowolona Księżniczka, odwracając się tyłem do Księcia. Po chwili wyjęła dwa lizaki, stawkę zakładu, jaki niegdyś zawarli.

— Ojej, nie trzeba — odparł skromnie Książę, rumieniąc się. — Księżniczko…

Księżniczka popatrzyła na niego wyczekująco.

— Proszę cię, zróbmy to, co mieliśmy zrobić na dworcu… ale tym razem porządnie — dopowiedział cicho.

Księżniczka wstała. Zbliżyli się do siebie. Książę poczuł na brzuchu rozkoszną miękkość jej brzuszka. Przytulił się do niej jeszcze mocniej, czując na klatce piersiowej delikatny nacisk jej obfitego biustu. Objął ją w talii najdalej jak mógł, gdy w końcu ich usta spotkały się. Nie musiał pochylać głowy, różniło ich bowiem jedynie kilka centymetrów wzrostu. Stali tak kilka minut, może kilka lat, a może całą wieczność; wtuleni w siebie, złączeni wspólnymi upodobaniami, poglądami, dążeniami… urodzeni po to, by móc się w końcu spotkać i na zawsze już obdarzać się wzajemnie radością…

* * *

Książę zaczął oprowadzać Księżniczkę po domu.

— A tam jest ogród, w którym mieszkają gnomy — rzekł Książę, wskazując ręką okno. Księżniczka podeszła bliżej, by się przyjrzeć. Książę zgrabnym ruchem umiejscowił się obok niej. Z tyłu coś stuknęło.

Książę Dyktator wszedł spokojnym ruchem na wagę. — No! Nie jest nawet tak źle. Widać, że jedliśmy dobry obiad.

— O jezu… — stęknęła cicho Księżniczka.

Tymczasem Książę powrócił na miejsce przy regale. Nie zamierzał wypuścić takiej okazji z ręki. Księżniczka była teraz bowiem — fizycznie i w przenośni — przy ścianie. Zauważywszy, że waga stoi tuż za nią, a sylwetka Księcia Dyktatora uniemożliwia jej odwrót, straciła głowę.

Ciało jej, daremnie broniąc się przed utratą honoru, wychyliło się lekko w tył; cofnęła niepewnie prawą nogę, jak gdyby przypadkiem nie trafiając w szklaną płytę znienawidzonego urządzenia. Książę Dyktator napierał jednak nieustępliwie. Drżąc, Księżniczka przysunęła drugą nogę, niezręcznie omijając miejsce, na którym zaraz miała stanąć. Książę uchwycił jej pełne bezradności spojrzenie, zdające się mówić: „Czy muszę”?

Następnie uśmiechnął się znacząco w stronę Księżniczki. W końcu jej wydatną kibić objęła męska dłoń, zdecydowanym ruchem kierując ją ku wadze. Ze spuszczoną głową i przymkniętymi oczyma, Księżniczka stanęła na szklanej płycie tyłem, tak by nie widzieć wyświetlacza. „Sprawdźmy, czy się w ogóle włączyła” — przemknęło Księciu przez głowę odurzoną huczącą w niej krwią.

— Czekaj no, wiercisz się tak, że niepodobna odczytać wyniku!

W końcu poziome kreski na cyfrowym wyświetlaczu przestały falować, a w ich miejsce ukazała się upragniona liczba. Książę natychmiast odczytał ją na głos, by nie sprawiać wrażenia, że coś ukrywa.

— Ojej, tyle ważę? — spytała ledwie słyszalnym głosem Księżniczka.

Książę Dyktator uśmiechnął się pojednawczo, czując ciepłą błogość w sercu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s