#4 Eksplozja

Czas na krótką notkę na temat mojej absencji na blogu. Jestem winien Czytelnikom przeprosiny za nią, choć mam nadzieję, iż z uwagi na absolutnie wyjątkowy okres, jaki przeżywam w życiu, zostanie mi ona wybaczona. Ten tekst ma charakter krótkiego opisu statusu, zatem proszę wybaczyć mi także jego chaotyczność.

Od kilku tygodni żyję w stanie ciągłego orgazmu. Orgazmu intelektualnego. To uczucie nieporównywalne absolutnie z niczym innym; uczucie, przy którym wszystkie „zwykłe” orgazmy, odurzenia i zanietrzeźwienia po prostu bledną.

Mój umysł jest non-stop stymulowany kosmiczną dawką informacji, których od lat łaknąłem i które od lat starałem się (w większości przypadków bezowocnie) na własną rękę pozyskać. Jeszcze kilka miesięcy temu przez myśl by mi nie przeszło, że będzie mi dane doznać czegoś tak wspaniałego. Podjąłem fantastyczne studia na najlepszej uczelni, jaką znam. Mam dostęp do nieograniczonych zasobów laboratoriów, specjalistycznego oprogramowania, ośrodków obliczeniowych i — co najważniejsze — książek. Książki, biuletyny, czasopisma na dosłownie każdy temat, piętrzą się jedna na drugiej na ciągnących się w nieskończoność regałach kilku bibliotek, które nawiedzam. A to tylko księgozbiory podręczne! Przebywając w każdej z nich mam wrażenie jakiejś niedookreślonej wszechmocy; jak gdybym nagle wzniósł się na skrzydłach wiedzy ludzkiej na sam Olimp, by tam przy jednym stole biesiadować z bogami jak równy z równymi… tak zapewne czuli się owi kosmonauci, którzy odkryli gdzieś daleko we wszechświecie machinę potrafiącą zrealizować każde ich życzenie, przedstawieni w kultowym filmie „Forbidden Planet” sprzed pół wieku. Wypożyczyłem sobie cały stos książek, które skrywają w sobie klucz do realizacji moich długoletnich marzeń. Teraz nareszcie… stanie się światłość.

Ponadto spotykam się z tuzami polskiej nauki, ludźmi wybitnie inteligentnymi, na każdym wykładzie zapładniającymi umysły słuchaczy nowymi, ciekawymi ideami, przedstawiającymi nieraz znane i wielokrotnie analizowane problemy od jeszcze innej, nieznanej strony.

Przykład z dzisiaj. Indukcja matematyczna. Niech T(n) oznacza: „n kotów jest tego samego koloru” (ma jednakowe umaszczenie). Zatem T(1) jest w oczywisty sposób prawdziwe, gdyż każdy dowolny kot jest identyczny z samym sobą, jest tego samego koloru co on sam. Załóżmy więc, że T(k) jest prawdziwe dla pewnego k. Ustawmy te k kotów w szereg, ponumerujmy je i dodajmy jednego kota o numerze k+1. Na mocy tezy indukcyjnej, k kotów jest tego samego koloru, zatem licząc od kota numer 2 będziemy zobligowani stwierdzić, że koty o numerach z przedziału \left[2; k+1\right] są tego samego koloru — czyli także nowododany kot. Z kolei kot o numerze 1 również jest tego samego koloru co pozostałe, również na mocy tezy indukcyjnej. Wykazaliśmy, że T(k) \rightarrow T(k+1). Ergo: wszystkie koty na świecie są tego samego koloru. Quod erat demonstrandum…

A ja nadal nie wiem, co tu szwankuje — czy znaczenie słowa „kot” czy znaczenie predykatu „są tego samego koloru” czy jeszcze coś innego… bo przecież nie indukcja!?

No. A to tylko jeden aspekt mojego życia. Oprócz studiów czas pożera mi moje życie zawodowe, które dosłownie eksplodowało. O ile grałem wcześniej kilka koncertów miesięcznie (jałowego pierwszego półrocza tego roku nie liczę), o tyle teraz gram tyle tygodniowo. Kosmos.

Kończę. Teksty są już gotowe. Mam nadzieję, że następne, które napiszę, będą miały wyższą jakość — mam wszak nieograniczone możliwości korzystania ze źródeł wszelakich 🙂 Dobranoc.

PS. Jutro pierwsze „laby”!… ■

Reklamy