#5 O pornografii i całej reszcie, cz. 2/2

Postanowiłem, że odtąd do każdego wpisu będę dołączał jakąś pozycję z literatury fortepianowej, ot tak. Dziś padło na III część 7. Sonaty op. 83 Prokofiewa. Ten „klasyk” towarzyszył mi przy ostatnich poprawkach tego tekstu. Kto chce, niech przeczyta, co to jest oraz kto i w jakich okolicznościach to napisał; zachęcam do przesłuchania także innych wykonań oraz oczywiście pozostałych dwóch części tej sonaty.

https://www.youtube.com/watch?v=t0MnPEjosl0

(wyk. Yefim Bronfman; swoją drogą facet wykazał się sporą dozą fantazji, wybierając to na bis)

A teraz powróćmy do głównego wątku.

W poprzedniej części artykułu określiłem, czym jest pornografia, zauważając, że desygnatem tego słowa winny być wszystkie, nawet te „najniewinniejsze” twory kultury, o ile tylko są nakierowane na zaspokojenie instynktu seksualnego. Opisałem stan, jakiego doświadcza osoba samotna, tzn. taka, której potrzeba afiliacji nie jest spełniona. Stwierdziłem, że dłuższe przebywanie w tym stanie może prowadzić do próby kompensacji samotności poprzez nadmierną koncentrację na pornografii. Symptomem tej nadmiernej koncentracji jest m.in. śledzenie „gwiazd” porno. Jest to zjawisko niepożądane, gdyż stanowi marnotrawstwo czasu i sił a nie przynosi realnego pożytku. Ponadto, im większa koncentracja na pornografii, tym większe prawdopodobieństwo rozwinięcia się uzależnienia. Uzależnienie takie polega niekoniecznie na kompulsywnych zachowaniach seksualnych, ale na odcięciu się od właściwych źródeł zaspokajania instynktu seksualnego i potrzeby bliskości z drugim człowiekiem. Z kolei takie uzależnienie uniemożliwia nawiązanie normalnych relacji z partnerem, co tylko mocniej pcha osobę nim dotkniętą w fatalne objęcia przemysłu porno.

W tej, drugiej i ostatniej części artykułu omówię sposoby radzenia sobie z problemem koncentracji na pornografii, to znaczy uzyskiwanie fachowej pomocy terapeuty oraz te kroki, które można podjąć samemu. Postaram się też pokazać, iż radzenie sobie z problemem nie zawsze musi polegać na poniechaniu zachowań postrzeganych jako problematyczne — alternatywnie można rozważyć zmianę sposobu postrzegania tych zachowań, czyli pogodzenie się z ich istnieniem, zmianę negatywnego stosunku do nich.

Kończąc ten wstęp, warto podkreślić, że ja sam nigdy od pornografii uzależniony nie byłem, a to, co tu prezentuję, jest pewną ekstrapolacją wniosków, jakie nasunęły mi się przy samodzielnym rozwiązywaniu moich problemów behawioralnych. Nie byłem uczestnikiem zajęć terapeutycznych z psychologiem, lecz prowadzę wieloletnie obserwacje kilku osób, które w takowych uczestniczyły. Dodajmy do tego lekturę paru skryptów pożyczonych mi przez znajomych studentów psychologii — ot i cała moja wiedza na ten temat. Choć starałem się, by w tekście nie znalazły się żadne grube błędy czy tezy przeczące aktualnemu stanowi wiedzy medycznej, nie jestem lekarzem i nie mogę wziąć odpowiedzialności ani za ewentualne błędy ani za samodzielne zastosowanie wiedzy tu zawartej przez Czytelnika.

Śledzenie partnera — zboczenie czy nie?

Zanim jednak przejdę dalej, chciałbym odnieść się do pewnego zarzutu, jaki został mi postawiony w związku z tym, co napisałem o gromadzeniu materiałów (zdjęć, postów, informacji i innych) dotyczących życia osoby będącej obiektem czyjegoś pożądania bądź romantycznego uczucia. Otóż stwierdziłem, że gromadzenie takowych jest pierwszym poważnym sygnałem uzależnienia, zatem działanie to oceniłem jednoznacznie negatywnie. Lecz co jeśli osobą, którą śledzimy, jest nasz partner? Czy ma to znaczenie dla oceny tego zagadnienia?

Cóż, moja negatywna ocena brała się stąd, że śledzenie „osobistości” świata porno — nawet nieświadome — jest w większości przypadków stratą czasu i energii (nierzadko także pieniędzy). Jest to bowiem inwestycja, która nie ma szans się zwrócić, wszak osoba, w którą inwestujemy, nie ma zamiaru się z nami pobrać ani mieć z nami dzieci. Zatem fundamentalna potrzeba, której ekspresją jest właśnie śledzenie poczynań drugiej osoby, czy ogólniej: chęć bycia z nią w kontakcie nawet w tak lichej formie, nie jest i nie będzie spełniona. Tym samym jest to oszukiwanie własnej natury, własnego organizmu, czyli samego siebie. To jak patrzenie przez szybę sklepową na jedzenie w oczekiwaniu, że uśmierzymy w ten sposób głód.

Sprawy mają się zgoła inaczej, jeśli chodzi o naszego partnera, czyli osobę, z którą wiążemy swoje nadzieje na przyszłość. Dowiadywanie się jak najwięcej o partnerze jest normalnym działaniem mającym na celu lepsze poznanie go i ocenę — krótko mówiąc — czy nada się do związku. Taki wywiad można prowadzić na dwa komplementarne sposoby: za jego wiedzą i bez jego wiedzy. Jest oczywiste, że każdy z tych sposobów ma swoje wady i zalety i nie można z żadnego z nich zrezygnować, jeśli chce się mieć pełny obraz charakteru i poczynań partnera.

Dowiadywanie się jak najwięcej o partnerze jest normalnym działaniem mającym na celu lepsze poznanie go i ocenę — krótko mówiąc — czy nada się do związku.

(Oczywiście śledzenie kogokolwiek — partnera czy nie-partnera — może przybrać takie rozmiary, że zacznie stanowić problem samo w sobie i jako takie będzie wymagało leczenia. Jednakże w przypadku, gdy stawką jest przekazanie własnych genów dalej w łańcuchu pokoleń, jestem w stanie przymknąć na wiele rzeczy oko. W końcu chodzi o nasz własny sukces ewolucyjny!)

Reasumując, śledzenie własnego partnera nie jest przejawem zboczenia czy fiksacji. Na marginesie można jedynie zauważyć, że zachowanie takie może (ale nie musi) świadczyć o niedomaganiach w komunikacji między partnerami lub braku zaufania między nimi, co już jednak stanowi odrębny problem.

Jak się uwolnić?

Wróćmy do głównego wątku. Załóżmy, że jesteś uzależniona lub uzależniony od pornografii i podjęłaś lub podjąłeś decyzję, by uwolnić się od tego uzależnienia. Co możesz zrobić? Nawiasem mówiąc, jeśli nie jesteś gotów podjąć takiej decyzji — nie ma problemu, nie musisz jej podejmować. Wyszukaj poradnię leczenia uzależnień w Internecie i umów się na wizytę. Specjalista na podstawie wywiadu oceni stopień twojego ewentualnego uzależnienia i zaleci dalszą drogę postępowania. Być może sprawi, że zauważysz pewne nieprawidłowości w swoim stylu życia i sama lub sam zechcesz je wyeliminować. Należy tu jasno podkreślić, że uzależnienie jest zaburzeniem psychicznym i jako takie podlega leczeniu jak każde inne zaburzenie czynnościowe.

Co zatem można zrobić, by się wyleczyć? O ile z powodów światopoglądowych zawsze zalecam wszystkim osobom cierpiącym na cokolwiek wizytę u lekarza pierwszego kontaktu a następnie ewentualnie u specjalisty, o tyle w przypadku dolegliwości psychicznych:

  1. również zalecam wizytę u lekarza pierwszego kontaktu, gdyż objawy chorób psychicznych (lęki, natrętne myśli, złe samopoczucie) mogą brać się z bardzo różnych problemów somatycznych, na przykład dysfunkcji układu trawiennego — i na odwrót, objawy somatyczne (różnorakie bóle, trudności w oddychaniu, arytmie serca, zespół drażliwego jelita, nadciśnienie) mogą brać się ze schorzeń psychicznych;
  2. radzę wystrzegać się zarówno niedoceniania jak i przeceniania możliwości farmakoterapii i psychoterapii.

Ten drugi punkt wymaga uzasadnienia. Otóż istnieją w społeczeństwie dwie skrajne postawy wobec terapii problemów psychicznych: jedna z nich, która ma być może swe źródło w ruchu antypsychiatrycznym lat ’60 ubiegłego wieku a zapewne jest także spokrewniona ze sławetnym nurtem New Age, głosi, że psychiatria jest oszustwem a choroby psychiczne nie istnieją; druga — wręcz przeciwnie — nakazuje szukać jednostek chorobowych w najnormalniejszych pod słońcem przejawach funkcjonowania organizmu, takich jak wahania nastroju, złe samopoczucie czy okazjonalne kołatanie serca, oraz następnie poddawać się leczeniu. O ile stanowisko drugie promowane jest zazwyczaj przez samych medyków, o tyle to pierwsze znajduje swoich orędowników zwykle wśród niedoszłych medyków, którzy albo stali się wrogami środowiska medycznego i medycyny albo też „przekwalifikowali się” i praktykują teraz szarlatańskie, pseudonaukowe sztuczki. I jedni i drudzy mają interes w przekonywaniu do swoich racji i ten fakt zawsze powinno się mieć na uwadze, kiedy zdarzy się człowiekowi znaleźć w zasięgu ich retoryki.

Radzę wystrzegać się zarówno niedoceniania jak i przeceniania możliwości farmakoterapii i psychoterapii.

Tymczasem ja utrzymuję, że obydwa ekstrema są złe, a nawet niebezpieczne. Jedno ekstremum prowadzi do odrzucenia medycznej pomocy i do pozostania zdanym na samego siebie. Drugie — uzależnia pacjenta od lekarzy i leków, tłamsi jego samodzielność, zamykając mu drogę do wyzdrowienia.

„Bo lekarze się nie znają”

W przypadku pierwszego z tych stanowisk musimy rozróżnić jego słabą i silną wersję. Słaba forma niechęci do psychiatrii — lub częściej lekarzy psychiatrów — często wywodzi się z jakichś złych doświadczeń z lekarzami czy z systemem opieki zdrowotnej. Zazwyczaj osoby przejawiające taką niechęć nie są fanatycznymi przeciwnikami medycyny jako takiej (to znaczy jako dyscypliny naukowej); mają otwarty umysł i są skłonne do dyskusji.

Często podnoszonym przez takie osoby argumentem jest ich opinia, jakoby schorzenia psychiczne brały się wyłącznie z nieprawidłowych relacji z innymi ludźmi. „Po co rozmawiać z psychologiem — powiadają — skoro można pogadać z przyjacielem? Wystarczy go tylko znaleźć!” Otóż takie działanie może przynieść efekt u osoby zdrowej, która po prostu potrzebuje z kimś porozmawiać, by odreagować stres. Osoby chore najczęściej same stopniowo coraz bardziej izolują się od społeczeństwa, co jest jednym z symptomów ich choroby (por. [1], s. 353–355). Walka z symptomem rzadko kiedy usuwa przyczynę skojarzonej z nim choroby — nie inaczej jest w tym wypadku.

Pomijam już fakt, że psychiatrzy i psychologowie zajmują się nie tylko przygnębionymi singlami czy rozpuszczonymi nastolatkami. Oni mają na głowie schizofreników, pacjentów z zespołem otępiennym, urojeniami, uszkodzeniami układu nerwowego itp. — słowem, ludzi, którzy z przyczyn obiektywnych nie są w stanie skorzystać z „dobrej rady” w rodzaju: „pogadaj sobie z kumplem”.

„My nie wierzymy w medycynę”

Jak mówię, słaba wersja stanowiska antypsychiatrycznego jest podatna na zmiany. Silna wersja opisywanej antypatii jest bardzo oporna na jakiekolwiek próby racjonalnej perswazji. Często połączona z ogólną pogardą dla medycyny, wiedzy ludzkiej a nawet prawdy jako takiej, jest ona dużo głębiej zakorzeniona w psychice danej jednostki, gdyż najczęściej jej przyczyną jest przyjęta przez jednostkę ideologia. Taka ideologia może być narzucona na przykład przez sektę, do której jednostka należy; może być też wyniesiona z domu rodzinnego. Ideologie są z kolei mało podatne na zmiany; występują u osób o zamkniętym umyśle, niechętnych wobec dyskusji i często niepotrafiących jej prowadzić. Ideologia jest zazwyczaj tak silnie zinternalizowana, że stanowi o tożsamości wyznającej ją osoby; jest przez nią postrzegana jako immanentny element jej jestestwa — dlatego też każdą próbę zanegowania czy wykorzenienia ideologii osoba ta traktuje jako zamach na samą siebie i uruchamia mechanizmy obronne, mające go udaremnić. Niestety osób owładniętych ideologią można jedynie unikać.

Czasem żarliwy opór względem medycyny podyktowany jest niskimi, przyziemnymi pobudkami. Dawno temu usłyszałem od swojego niedoszłego szwagra, że „rak jest żyłą złota dla lekarzy”. Do dziś nie wiem i nie chcę wiedzieć, czy ten człowiek był naprawdę aż tak słaby na umyśle i oderwany od rzeczywistości, na jakiego wyglądał; dość powiedzieć, że zarabiał pieniądze na sprzedaży swego rodzaju „wody w proszku” — cudownego specyfiku, zawierającego cuda niewidy, leczące ponoć z każdej choroby (a więc z raka także)…

Niestety osób owładniętych ideologią można jedynie unikać.

Muszę w tym miejscu poczynić być może oczywistą dla niektórych uwagę. Mianowicie ja zajmuję się wyłącznie przypadkami państw demokratycznych i medycyny takiej, jaka w nich jest praktykowana. Niekiedy, w pewnych określonych, wyjątkowych warunkach dziejowych, niechęć lub obrona przed środowiskiem medycznym jest wyborem najrozsądniejszym. I tak na przykład dysydenci radzieccy uciekający przed tzw. psychiatrią represyjną, stosowaną w ZSRR jako alternatywna forma łagrów, naturalnie nie podpadają pod opisywaną kategorię osób pałających ideologiczną nienawiścią do medycyny. Warto pamiętać i o takich faktach historycznych.

No dobrze, ale dlaczego właściwie tak silnie przeciwstawiam się tym, którzy odrzucają medycynę? Cóż, medycyna jest gałęzią nauki. Nauka jest jak na razie jedynym narzędziem, które daje nam ograniczoną wprawdzie, ale jednak władzę nad rzeczywistością. Nauka działa. Medycyna leczy. Dziś nie umieramy już na ospę czy tyfus, cukrzycy mogą żyć dzięki insulinie, znakomita większość dzieci normalnie przeżywa poród, potrafimy zapewnić godne życie osobom chorym na astmę czy stwardnienie rozsiane, nie musimy też martwić się, że jedzenie, które jemy, będzie zatrute. Dokonaliśmy tego nie dzięki modlitwom, lecz dzięki dociekaniom i eksperymentom.

Nauka jest jak na razie jedynym narzędziem, które daje nam ograniczoną wprawdzie, ale jednak władzę nad rzeczywistością. Nauka działa. Medycyna leczy.

Działanie medycyny jest potwierdzone rygorystycznymi testami statystycznymi. Działanie pseudonauki zazwyczaj nie jest takim testom nawet poddawane; zaufanie do pseudonauki opiera się albo na ideologii albo na pojedynczych doniesieniach o „cudownych wyleczeniach”. Odrzucanie medycyny to tak naprawdę odrzucanie myśli, że człowiek jest w stanie poznać, zrozumieć i wpływać na otaczającą go rzeczywistość używając swojego rozumu; to pogrążanie się w mętniactwie intelektualnym i niby-środkach o zerowym działaniu leczniczym, czasem wręcz szkodzących organizmowi człowieka.

Można w odpowiedzi wysunąć kontrargument, że wiedza ludzka jest i zawsze będzie niepełna, a przecież nawet i bez tej wiedzy ludzkość była w stanie przetrwać całe tysiąclecia; zwierzęta do dziś nie stworzyły nauki ani cywilizacji, a jakoś przecież żyją. Otóż owo „jakoś” jest tu kluczowe. Wszystko to bowiem prawda, ale przy tego typu analizach należy dokładnie przyjrzeć się temu, w jakich właściwie warunkach żyły te wszystkie prymitywne plemiona pozbawione luksusu rozumienia rzeczywistości, która ich otaczała. Następnie można zapytać samego siebie: czy jest się gotowym cofnąć się w rozwoju o kilka stuleci — tak jak to zrobiły m.in. różne współcześnie istniejące w USA sekty anabaptystyczne — i żyć tak, jak ludzie żyli dawniej? Lub czy jesteśmy gotowi wmawiać sobie — tak jak to potrafią robić członkowie innych sekt, również zza Oceanu (zob. [2], choć tego typu doniesień jest bardzo wiele) — że na przykład nasze chore na cukrzycę dziecko zmarło, gdyż niewystarczająco mocno modliliśmy się o jego uzdrowienie? Mam nadzieję, że większość Czytelników odpowie przecząco.

Bez terapii ani rusz?

Podczas gdy jedni idą na wojnę ze środowiskiem medycznym, odgradzając się murem od wszelkiej pomocy medycznej, inni wyznają niemożliwą do zachwiania wiarę w to, że są ciężko chorzy i że tylko stały dozór specjalistów jest w stanie utrzymać ich w jako-takiej formie, toteż — przeciwnie do tych pierwszych — sami lgną do szpitali, lekarzy, terapii, leków i wszelkiej formy pomocy, która nie pochodzi od nich samych, ale z zewnątrz. Nazywam ich „wiecznymi pacjentami” — to ludzie, którzy nie traktują leczenia jako przejściowej, krótkotrwałej konieczności; to ludzie, którzy ułożyli sobie życie w szpitalu psychiatrycznym czy w grupie wsparcia i których przeraża myśl o tym, że „na zewnątrz” toczy się normalne życie, do którego będą być może musieli kiedyś wrócić.

Co znamienne, im dłużej owi wieczni pacjenci się leczą, tym bardziej zdają się leczenia potrzebować. Z czasem wszelkie czynności związane z leczeniem wchodzą do ich rutyny, stają się swoistymi rytuałami odprawianymi głównie z przyzwyczajenia. Kiedy pytam takie osoby o ich plany na przyszłość, prawie zawsze w odpowiedzi pojawiają się wizje dalszego leczenia; często nie mają oni żadnych wyobrażeń własnej osoby takiej, jaką się stanie, gdy leczenie zostanie zakończone.

Nie ma sensu powtarzać, że wizyta u fachowca jest konieczna w przypadku jakichkolwiek poważniejszych problemów. Pacjentowi z zaburzeniami psychicznymi potrzebna jest druga osoba, która dyskretnie kontrolując go pomaga mu tym samym w chwilach jego „słabości”. Jednocześnie pacjentowi nie wolno myśleć, że jest zdanym na tę drugą osobę. To ty jako pacjent masz problem i to ty wykonujesz prawie całą pracę związaną ze swoim zdrowieniem — i tylko od tej pracy zależy powodzenie leczenia. Pacjent powinien wiedzieć, że może liczyć na innych, ale jednocześnie nie powinien liczyć na nikogo: powinien móc poczuć się samodzielny i samowystarczalny, niezależny zarówno od substancji (takich jak leki), jak i osób (takich jak terapeuta). Czyli: nie tylko możesz się wyleczyć bez niczyjej pomocy, ale wręcz to tylko i wyłącznie ty jesteś władny, by się wyleczyć — nikt tego za ciebie nie zrobi.

Co znamienne, im dłużej owi wieczni pacjenci się leczą, tym bardziej zdają się leczenia potrzebować. […] często nie mają oni żadnych wyobrażeń własnej osoby takiej, jaką się stanie, gdy leczenie zostanie zakończone.

Moja babcia chorowała na nerwy. (Ironią losu był fakt, że pracowała na pogotowiu.) Kiedyś jeden z badających ją psychiatrów powiedział jej bardzo mądre słowa: „Jeśli pani sama sobie nie pomoże, to żaden lekarz pani nie pomoże”. Otóż właśnie nie pomoże — ale nie dlatego, że lekarz się nie zna, lecz dlatego, że nie ma (jak na razie) władzy absolutnej nad cudzymi myślami i wzorcami zachowań zapisanymi w mózgu; aby je zmienić, potrzebuje świadomej woli pacjenta.

Krwawa Mary

Przytoczę teraz na prawach dygresji jeszcze tylko jedną krótką facecyjkę. Od czasu do czasu zdarza mi się obejrzeć odcinek amerykańskiej komediowej kreskówki pt. „South Park” (polecam). Opowiada ona o grupie dzieci w wieku szkolnym; film jest osadzony w realiach USA. Często odcinki są wypełnione głupkowatymi żartami i niczym więcej. Czasem jednak autorzy pod pozorem rozrywki przemycają całkiem ważkie treści filozoficzne lub obyczajowe. Otóż w odcinku „Bloody Mary” główny bohater Stan i jego koledzy czekają po zajęciach karate na ojca Stana, Randiego, który miał ich odebrać. Okazuje się, że Randy o tym zapomniał, poszedł z kolegami na piwo, a kiedy sobie przypomniał, był już nietrzeźwy; w takim właśnie stanie zjawia się pod salą. Podczas jazdy powrotnej kontroluje go policja; Randy trafia do aresztu i (przypuszczalnie wyrokiem sądu) dostaje prace społeczne oraz ma uczęszczać na zajęcia klubu Anonimowych Alkoholików. Na pierwszym spotkaniu zapoznaje się ze słynnym Dwunastopunktowym Planem i dowiaduje się, że to nieprawda, jakoby po prostu „zdarzyło mu się wypić i powinien się odtąd pilnować, by to się nie powtórzyło”; mężczyzna przewodniczący spotkaniu przekonuje go, że jest on ciężko chory na alkoholizm i niepodobieństwem jest, by mógł tę chorobę kontrolować. Randy jest przerażony, bierze sobie wszystkie te słowa do serca i odtąd zachowuje się jakby rzeczywiście był ciężko chory: goli się na łyso i całymi dniami przesiaduje w wózku inwalidzkim babci. Pije na umór, a każdą próbę interwencji Stana kwituje tym, że przecież jest chory na alkoholizm, więc nie potrafi się kontrolować. Zgodnie z Dwunastopunktowym Planem, tylko siła wyższa jest w stanie uleczyć Randiego, toteż ten siedzi bezczynnie przed telewizorem, czekając na cud. Nagle w wiadomościach słyszy, że w pewnym mieście z pomnika Maryi znajdującego się obok kościoła zaczęła wydobywać się krew, co wszyscy uznają za cud. Randy czym prędzej udaje się na miejsce, naciera się cudownymi wybroczynami i krzyczy, że ozdrowiał i więcej nie wypije już ani kropli. Jego życie odwraca się o pi radianów — nie dotyka już alkoholu, nie siedzi w babcinym wózku i co chwila używa frazy „Praise the Lord” (Bogu niech będą dzięki). Lecz kilka dni później, podczas spotkania abstynentów w barze, w telewizji nadawany jest komunikat, że na miejsce cudu przybył sam papież, który po dokładniejszych oględzinach stwierdził, że to jednak nie jest cud, gdyż krew maryjna dobywała się nie z odbytu, jak wcześniej sądzono, lecz z waginy, a to — jak zaznacza — całkiem normalne wśród kobiet. Kiedy dowiaduje się o tym Randy, błyskawicznie popada w panikę, gdyż rozumuje, że skoro cud nie był jednak prawdziwy, to on nie jest uleczony, a zatem nadal jest alkoholikiem. Zamawia mnóstwo alkoholu, planując go wypić, lecz zjawia się Stan. Stan tłumaczy ojcu, że skoro ten był w stanie nie pić, mimo że cud nie był prawdziwy, to w istocie on sam steruje swoim piciem. Randy odrzuca od siebie wszystkie butelki, krzycząc, że w takim razie nie tknie już więcej alkoholu i stwierdza, że być może jest takim człowiekiem, który nie może wypić ani kropli, bo inaczej zacznie pić bez opamiętania. Stan kontruje to, mówiąc, że zarówno kiedy robimy coś z przymusu jak i wtedy, kiedy z przymusu czegoś unikamy, nasze życie jest kontrolowane przez to coś. Prawdziwą wolność daje więc według niego umiarkowane, okazjonalne picie. Odcinek kończy się sceną, w której Randy i Stan przekomarzają się, co to dokładnie znaczy „umiarkowane picie”.

Oczywiście: to tylko kreskówka. Nie ma ona być jakimś argumentem przeciwko AA czy terapii w ogóle; jest za to — moim zdaniem — dość dobrym argumentem przeciwko wszelkiej przesadzie w szukaniu przyczyn swoich niedomagań i sposobów ich przezwyciężenia na zewnątrz.

***

Podsumowując: w przypadku pierwszego z omawianych ekstremalnych postaw wobec medycyny i leczenia chory nie otrzymuje pomocy, zaś w przypadku drugiego z nich chory otrzymuje wręcz nadmiar pomocy, z której jednak nie umie skorzystać. Obydwu skrajności należy się zatem wystrzegać.

Jak można pomóc terapeucie

Nawet jeśli powierza się swoje zdrowie fachowcom, gros pracy nad sobą trzeba wykonać samemu. Aby otrzymać skuteczną pomoc, przede wszystkim trzeba dać sobie pomóc. Należy współpracować z lekarzem lub terapeutą i najlepiej uczyć się dużo na własną rękę. Koniecznie trzeba przygotowywać się do wizyt tak jak do sprawdzianów czy kolokwiów, ażeby lekarz nie musiał już wykładać pacjentowi wiadomości łatwo dostępnych i tłumaczyć mu zagadnień, które ten może zrozumieć sam przy odrobinie wysiłku. W końcu to choremu powinno najbardziej zależeć na jego własnym zdrowiu, zatem to w interesie chorego jest zbudowanie jak najobszerniejszej bazy wiedzy, która pozwoli mu lepiej rozumieć zalecenia lekarza oraz ogólny kierunek leczenia oraz wyrabiać sobie opinie o leczeniu.

Warto też w miarę możliwości odwiedzać wielu lekarzy i konfrontować ze sobą ich opinie. Konsultacje między lekarzami są w medycynie rzeczą normalną, a jeśli takowych brakuje — nic nie stoi na przeszkodzie, by ich namiastkę organizował sobie we własnym zakresie pacjent. Zmniejsza to ryzyko otrzymania błędnych informacji (błędnych to znaczy przeczących aktualnemu stanowi wiedzy), jak również eliminuje swoiste wypalenie, jakie czasem pojawia się u lekarza prowadzącego danego pacjenta przez dłuższy czas.

[…] w interesie chorego jest zbudowanie jak najobszerniejszej bazy wiedzy, która pozwoli mu lepiej rozumieć zalecenia lekarza oraz ogólny kierunek leczenia oraz wyrabiać sobie opinie o leczeniu.

Jak można pomóc sobie

Niezależnie od pomocy osób trzecich, istnieją pewne działania, które można przynajmniej spróbować wykonać samemu, aby zmienić swoje nawyki lub rozwiązać inne problemy o podłożu psychicznym.

Po pierwsze, trzeba dla porządku zaznaczyć, że bardzo dużą rolę w kształtowaniu się nawyków, trybu życia oraz przyzwyczajeń czy uzależnień odgrywa środowisko (o tym w dalszej części tego podrozdziału). Po drugie, jakkolwiek nieprawdopodobnie by to nie brzmiało, z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że wiele problemów, które wydają się nam jak najbardziej realne, istnieje tylko w naszej głowie. Niestety, w niektórych przypadkach nasza percepcja własnego stanu zdrowia lub sytuacji życiowej jest błędna. Jeśli wtedy zawierzymy swoim odczuciom bezgranicznie, możemy popaść w tarapaty, gdyż nasze negatywne odczucia wyrobią w nas negatywną ocenę rzeczywistości, ta zaś będzie potęgowała negatywne odczucia, domykając błędne koło.

Odczucia te wydają się jednak być na tyle prawdziwe, że wiele osób — mimo wiedzy o tym, iż mózg może nas oszukiwać — i tak im zawierza. Osoby te pozostają w sidłach własnych urojeń, co generuje bardzo wiele ich problemów życiowych. Na szczęście jest nadzieja dla wszystkich osób chcących się wyleczyć, to znaczy zmienić swoje postępowanie lub nawyki. Mózg jest organem bardzo plastycznym, daje się łatwo kształtować. Najoczywistszym potwierdzeniem tego faktu jest to, ilu rzeczy się w życiu uczymy. Podobnie jak nabywamy wiedzę i umiejętności, tak możemy nabyć wzorce zachowań. Jeśli te zakodowane w naszym mózgu są złe — możemy je zmienić. Rozwiązaniem naszych problemów jest przeto uporządkowanie naszej psychiki i oddzielenie w niej myśli, które są prawdziwe lub prawdopodobne, od tych, które są z dużym prawdopodobieństwem nieprawdziwe.

Do tego potrzeba, by kontrolę nad naszym zachowaniem przejęła ta racjonalna część nas samych — ta, która potrafi analizować i ufać racjonalnym dowodom (np. wynikom badań medycznych) a nie irracjonalnym instynktom i przeczuciom. Należy zatem kształcić w sobie umiejętność wznoszenia się ponad swą fizyczność, ponad odziedziczone po naszych zwierzęcych przodkach intuicje i automatyzmy myślowe. Nie można powiedzieć, by było to trudne zadanie, gdyż to właściwie w ogóle nie jest zadanie; to droga, po której kroczy się całe życie. Jedni są na tej drodze w dalszym punkcie, inni w bliższym, ale wstąpić na nią może każdy w każdym momencie życia.

Że nasze ciało i umysł (który koniec końców jest funkcją naszego ciała, a konkretnie mózgu) potrafią nas „oszukiwać” — jest sprawą prostą do wykazania. Gdy na naszą skórę podziałamy ekstremalnym ciepłem (np. gorącą wodą z kranu), czujemy zimno; gdy nasza skóra doświadcza ekstremalnego zimna, czujemy palące ciepło (czasem bezdomni będący w stanie krytycznego wychłodzenia podczas mrozów zrywają z siebie ubranie, twierdząc, że ono się pali). Kolejny przykład: wiele osób w wyniku napięć układu nerwowego współczulnego odczuwa różne kłucia w sercu czy szyi, bóle mięśni, krzyża, głowy; wszystkie te objawy nie mają specyficznej, organicznej przyczyny, którą mogłyby wykazać badania, a jednak utrzymują się nieraz latami. Podobnie osoby, które cierpią na CFS (Chronic Fatigue Syndrome), czyli syndrom chronicznego zmęczenia, odczuwają wszystkie objawy zmęczenia powysiłkowego nawet jeśli nie wykonują żadnego wysiłku; stan ten pojawia się, nasila się i wkracza w fazę remisji bez żadnych uchwytnych organicznych przyczyn. Podobnie jest z uzależnieniem od palenia tytoniu — palacz twierdzi, że odczuwa potrzebę zapalenia papierosa oraz szereg nieprzyjemnych objawów, lecz jak dotąd nie opisano żadnych poważnych następstw powstrzymania się od używania tytoniu, zatem ta „potrzeba” jest czysto psychiczną dysfunkcją.

[P]otrzeba, by kontrolę nad naszym zachowaniem przejęła ta racjonalna część nas samych — ta, która potrafi analizować i ufać racjonalnym dowodom […] a nie irracjonalnym instynktom i przeczuciom.

Oczywiście istnieją substancje — niektóre narkotyki i leki — powodujące, że organizm uzależnia się w sposób czysto fizyczny. Przy nagłym i całkowitym ich odstawieniu (z dnia na dzień) mogą wystąpić pewne objawy odstawienne, takie jak drgawki toniczno-kloniczne, które przy wielkim pechu mogą doprowadzić nawet do śmierci. Dlatego istnieją proste procedury odstawiania takich substancji, które — jeśli są przeprowadzane pod nadzorem lekarza — gwarantują zlikwidowanie uzależnienia fizycznego. To jednak wcale nie oznacza wyzdrowienia chorego; jak na dłoni widać wtedy, że pozostaje mu uporać się z dużo większym problemem jego uzależnienia psychicznego od danej substancji.

Heroina w Wietnamie, czyli kilka słów o środowisku

Innym, często powtarzanym ale trafnym argumentem za tym, że uzależnienie jest tak naprawdę defektem psychicznym a nie fizycznym, czyli że uzależniony ma na nie wpływ, jest fakt, że te same substancje raz wywołują a innym razem nie wywołują uzależnienia w zależności od warunków, w jakich funkcjonują przyjmujący je ludzie. Na przykład u pacjentów po ciężkich operacjach, z ciężkimi urazami lub chorobami (np. rakiem) używa się środków przeciwbólowych lub znieczulających, które jednocześnie są używane przez narkomanów do odurzania się. A jednak pacjenci nie stają się automatycznie narkomanami, uzależnionymi od tych środków.

Genezy tego argumentu należy chyba szukać w pewnym artykule amerykańskich specjalistów wielu dziedzin z 1977 roku (jego przedruk można znaleźć w [3]), w którym opisali swe trzyletnie badania weteranów wojny w Wietnamie pod kątem uzależnienia od czterech substancji: marihuany, pochodnych amfetaminy, barbituranów (dawnych leków nasennych) oraz heroiny. Sprawą wiadomą jest, że każde działania wojenne stwarzają konieczność wykonywania nadludzkiego wręcz wysiłku przez personel wojskowy biorący w nich czynny udział; taki wysiłek najczęściej jest możliwy dzięki różnym substancjom psychoaktywnym (czyt. narkotykom), które żołnierze ci przyjmują. W średniowieczu stosowano opium; w czasach nowożytnych zastąpiła je wynaleziona w 1803 roku morfina; w latach ’30 XX wieku wśród państw Osi popularna była metamfetamina, zaś w Wietnamie Amerykanie odurzali się m.in. heroiną.

Artykuł sam w sobie jest ciekawy, aczkolwiek jego streszczenie przekroczyłoby ramy mojego artykułu. (Nie jest on ogólnodostępny, więc mogę go przesłać zainteresowanym.) W artykule badacze starają się odpowiedzieć na pięć podstawowych pytań: 1) czy przyjmowanie heroiny szybko przekształca się w nałóg?; 2) czy heroina wypiera inne narkotyki z życia narkomana?; 3) czy uzależnienie jest trwałe, jeśli nie zostanie wdrożone leczenie?; 4) czy sięgnięcie po heroinę po wyleczeniu uzależnienia powoduje ponowne padnięcie ofiarą nałogu?; 5) czy przyjmowanie heroiny stanowi istotny problem społeczny?

Nas będzie interesować głównie odpowiedź na pytanie trzecie, jednak dla porządku postaram się odpowiedzieć na wszystkie w telegraficznym skrócie: 1) tak, ale tylko jeśli heroina jest czysta; 2) nie, wręcz przeciwnie, przyjmowanie heroiny jest dodatnio skorelowane z przyjmowaniem innych narkotyków; 3) nie, to znaczy: leczenie nie jest konieczne do wyzdrowienia; z kolei nawet w kilka lat po ustąpieniu objawów odstawiennych eks-heroinista może odczuwać chęć przyjęcia heroiny, jednak nie jest ona na tyle silna, by skłonić go do powrotu do uzależnienia; 4) w większości przypadków nie, choć niestety badaczom nie udało się znaleźć żadnego czynnika, który decydowałby o tym, kto jest bardziej podatny na ponowne uzależnienie się; 5) nie większy niż przyjmowanie innych narkotyków, to znaczy, heroiniści mieli takie same jak inni narkomani kłopoty ze znalezieniem pracy, długi oraz konflikty z prawem; interesujące wydaje się być to, że odsetek osób wskazujących swoją narkomanię jako źródło problemów w życiu był największy wśród uzależnionych od heroiny (na kolejnych miejscach były: marihuana, pochodne amfetaminy, barbiturany oraz kokaina i LSD z identycznym wynikiem).

Podsumowując, nawet ciężkie przypadki uzależnień i zaburzeń psychicznych mogą wejść w fazę remisji (ale nie muszą), jeśli pacjent zmieni środowisko, w którym funkcjonuje, na bardziej sprzyjające jego wyleczeniu.

Nauczyć się, oduczyć się i nauczyć się ponownie

Kolejną ważną sprawą jest to, w jaki sposób myślimy o działaniach, które uważamy za niepożądane i które chcemy zmienić. Nie należy traktować pornografii jako zła wcielonego i za wszelką cenę go unikać, bo to wywołuje nadmierną koncentrację na nim i wszystkie negatywne emocje, jakie wywołuje abstynencja. Niekonstruktywne jest również myślenie w negatywnych kategoriach o swojej osobie, to jest wypominanie sobie, że epizod obcowania z pornografią znów się powtórzył; że to grzech (lub coś w tym rodzaju); że należy go odpokutować w ramach kary. Zamiast tego należy nauczyć się „wybaczać sobie”, to znaczy puszczać w niepamięć pojedyncze niepowodzenia, a skoncentrować swoje siły umysłowe na tych wszystkich innych wspaniałych rzeczach, które można robić w zastępstwie czynności, które próbujemy wyrugować. Tymi innymi rzeczami może być wszystko, co nas interesuje a nie jest dla nas destruktywne; dużo daje znalezienie osoby o podobnym hobby i uprawianie tego hobby razem z nią.

Nie należy traktować pornografii jako zła wcielonego i za wszelką cenę go unikać, bo to wywołuje nadmierną koncentrację na nim i wszystkie negatywne emocje, jakie wywołuje abstynencja.

W celu lepszego poznania mechanizmów, które kierują naszym zachowaniem, można poddać analizie każdy epizod niepożądanych czynów i sytuacji, takich jak obcowanie z pornografią (jak również wszystkie napady złości, lęku, złego samopoczucia, marnotrawienie czasu przy komputerze i inne problemy). Nie pytałem o zdanie żadnego specjalisty, ale mnie taka analiza bardzo pomogła. Polega ona na zapisywaniu sobie wszystkich zdarzeń, jakie złożyły się na dany epizod w porządku chronologicznym, tak by później móc je dowolnie wiele razy analizować. Wspomnianym zdarzeniem może być cokolwiek (np. wystąpienie pewnej myśli lub odczucia), byle miało związek z analizowanym problemem. Kluczowe elementy zdarzeń możemy jakoś uwydatniać, np. pisząc je kapitalikami. Zapis powinien składać się z dwóch części: część pierwsza zawiera tylko zdania protokolarne (suche fakty), bez ocen i sugestii, zaś część druga zawiera zwięzłą analizę ciągu przyczynowo-skutkowego, który doprowadził do ostatniego z faktów (napadu złości, lęku, uświadomienia sobie straty czasu itp.). Część druga jest opcjonalna, gdyż nie zawsze od razu jesteśmy w stanie zidentyfikować rzeczony ciąg.

Taki zapis należy wykonać jak najkrócej po wystąpieniu danego epizodu. Można go również opatrzyć datą i godziną — gdy zapisów będzie więcej, staną się użytecznym źródłem informacji o charakterze statystycznym (jak często dane epizody występują, jaka ich forma jest dominująca itp.). Z początku, kiedy mechanizmy będą jeszcze słabo przez nas poznane, z konieczności zapiski nasze będą zawierać wiele spostrzeżeń irrelewantnych; z kolei jakiegoś kluczowego ogniwa w łańcuchu przyczynowo-skutkowym może zabraknąć lub jakaś jego część może nam się wydawać niejasna, nie dość dobrze wyjaśniona. Z czasem, przy kolejnym powtórzeniu danego epizodu, nauczymy się coraz lepiej i skuteczniej rozpoznawać wywołujące go bodźce i impulsy — a identyfikacja to pierwszy krok do kontroli nad nimi.

Przykład: (fikcyjny)

2016.07.27 07:35

  • Chłopak wchodzi do łazienki. Pytam go, czy długo będzie, bo nie zdążę do pracy.
  • On odpowiada NATARCZYWIE.
  • Czuję się pomiatana, jakbym była MNIEJ WARTOŚCIOWYM człowiekiem od niego.
  • Przypominam sobie naszą kłótnię z wczoraj. On kłamał, mówiąc, że xxx1.
  • Uważam, że on ogólnie zachowuje się zuchwale.
  • Czuję WŚCIEKŁOŚĆ.
  • Chcę mu odpłacić. Aby go rozzłościć kłamię, że xxx2.
  • Zaczyna się AWANTURA.

Analiza: czuję, że chłopak na zbyt dużo sobie wobec mnie pozwala, zachowuje się zuchwale. Chcę odpłacić mu tym samym, by zrozumiał swój błąd. On nie rozumie, że robię to celowo, odpowiada, jak gdybym rzeczywiście miała na myśli to, co mówię. To jest przyczyną naszych awantur.

***

Podsumowując ten podrozdział: zmiany zachowania i charakteru są mozolne, ale trzeba przystępować do nich z pełnym zaangażowaniem i przekonaniem, aby się powiodły — czego wszystkim życzę.

Walka z wiatrakami

Napisałem trochę o walce z uzależnieniem. Czasem jednak taka walka okazuje się być walką z wiatrakami. Trzeba zaakceptować to, że każdy człowiek ma pewne potrzeby: samorealizacji, bezpieczeństwa, afiliacji i inne. Obcowanie z porno w pewnym rozsądnym zakresie można uznać za konieczne do częściowego zaspokojenia jednej z nich, a mianowicie fundamentalnej potrzeby tworzenia związków. W takim wypadku walka z porno będzie walką z tą potrzebą, czyli walką z własną naturą. Jedyne, na co możemy zatem liczyć, to zmiana sposobu zaspokajania tej potrzeby, na przykład poprzez stworzenie związku z prawdziwego zdarzenia. Jeśli takiego związku tymczasowo nie potrafimy lub nie chcemy stworzyć, pozostaje nam zaakceptować nasze działania jako tymczasowe zło konieczne.

Ważne, aby Czytelnik dobrze mnie zrozumiał. To, co proponuję, nie ma nic wspólnego z jakimś „godzeniem się” z „porażką” w „walce” z uzależnieniem. Zwyczajnie, w pewnych okolicznościach stan, w jakim się znajdujemy, może nie nosić znamion uzależnienia. Wtedy nie ma mowy o żadnej walce a tym bardziej o porażce. Być może problemem nie są nasze zachowania, lecz właśnie nasze mniemanie, jakoby były one wyrazem jakiegoś zaburzenia.

Nawiasem mówiąc, to jest właśnie główny powód mojej niechęci do wszelkiej maści oświeconych aktywistek ze środowiska kobiet otyłych (lub jak kto woli: plus-size), „[zmęczonych] bezskutecznymi, wyczerpującymi dietami”, „[wynikającymi] z nienawiści do samej siebie i [niszczącymi daną Panią Aktywistkę] psychicznie”, „[które to Panie Aktywistki dojrzały] w końcu na tyle, by pokochać siebie i swoje ciało mądrą miłością” i przestać się odchudzać (to cytat z jednej z takich osób). Lektura tego typu tekstów zawsze przyprawia mnie o mdłości i pozostawia we mnie uczucie przygnębienia wobec biernej rezygnacji, cichego pogodzenia się tych Pań z faktem, że pewnych rzeczy nie uda im się już w życiu osiągnąć (czyli na przykład schudnąć). Słuchajcie, dziewczyny, jeśli naprawdę tak bardzo chcecie schudnąć — to chudnijcie! Próbujcie, wyciągajcie wnioski z porażek, uczcie się, reorganizujcie i próbujcie dalej! Ale, u licha, nie poddawajcie się — a jeśli już się poddacie, to zaklinam was na wszystko! — nie nazywajcie tej porażki „wygraną”, albowiem nie ma nic bardziej żenującego niż widok człowieka pokonanego przez własne słabości, który sam sobie próbuje wmówić, że oto odniósł zwycięstwo.

Zatem raz jeszcze: zanim stwierdzisz definitywnie, że masz problem, spróbuj zastanowić się, czy nie przesadzasz. Nasza ułomna psychika ma tendencję do szukania dziury w całym i nie należy jej w tym wtórować.

Na odchodne

Co powinna zrobić osoba, która chce zmienić swoje życie — od czego powinna zacząć?

Odpowiedź jest prosta. Lecz zanim ci jej udzielę, Czytelniku, wprowadzę cię w stan lekkiej hipnozy. Nie potrzeba zamykać oczu — nie przeczytałbyś, co jest dalej, a to ważne.

A teraz: stajesz się senny, wyciszasz się… odcinasz się od świata… nie słyszysz niczego poza własnymi myślami, w które się zagłębiasz… (tak, nawet tej wiertarki udarowej pracującej od szóstej nad ranem u sąsiadów, która właśnie znów zaterkotała). Pobądź w tym stanie tak długo, aż żaden obcy dźwięk z zewnątrz nie będzie władny, by cię poruszyć lub przestraszyć. Poczujesz w sobie stałe, niewyczerpywalne źródło sił do zmiany czegokolwiek tylko zechcesz. Na okrzyk „do roboty!” przebudzisz się, wyłączysz komputer, wstaniesz, ubierzesz się i wyjdziesz. Na krótki spacer. Podczas tego spaceru przemyślisz wszystkie swoje życiowe sprawy i obierzesz tę, która jest teraz dla ciebie najważniejsza. Ułożysz sobie w głowie plan. Na resztę dnia, miesiąca, roku i życia. Taki tymczasowy, który być może zmieni się jeszcze sto razy — ale przedtem swoje odsłuży. Będziesz wreszcie żył a nie kręcił się w kółko.

A teraz do dzieła. DO ROBOTY!

No już: raz, raz! Podziękujesz jak wrócisz. ■

Jak można było zauważyć, pisałem ten artykuł przez bardzo długi czas (od lipca do listopada) — przyczyną tego był właśnie fakt, że kiedy już zastosowałem powyższe rady do swojego własnego życia, efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania! Wszystkie aspekty mojego życia w przeciągu kilku ostatnich miesięcy rozwinęły się na tyle, że dosłownie nie miałem wolnej chwili, by ją poświęcić blogowi… co ma też swoje ujemne strony, ale czego mimo wszystko i Czytelnikowi życzę! 🙂

Bibliografia

  1. T. Kenrick, S.L. Neuberg, R.B. Cialdini, „Psychologia społeczna”, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2006
  2. Grant, „Radita parents accused of murdering diabetic son […]”, CBC News, 2016.05.27, dostępne online: http://www.cbc.ca/1.3603540 (data dostępu 2016.10.23)
  3. N. Robins, J.E. Helzer, M. Hesselbrock, E. Wish, „Vietnam Veterans Three Years after Vietnam […]”, The American Journal on Addictions, 19: 203–211, 2010
Reklamy

4 myśli w temacie “#5 O pornografii i całej reszcie, cz. 2/2

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s