#9a Odkurzanie Wroubelka

Odkurzyłem sobie pokój. Pierwszy raz od trzech lat. Odkurzyłem też przy okazji swoje życie. Nigdy bym nie pomyślał, że jedno może być tak doskonałą metaforą drugiego.

By tradycji uczynić zadość… Etiuda C-dur op. 10 nr 1 w wykonaniu Zwycięzcy: https://youtu.be/9E82wwNc7r8

Pamiętam te piękne czasy, kiedy sprzątałem raz na rok — ba! — nawet częściej! To nie tak, że jestem leniwy. Leniowi może się nie chcieć raz czy dwa, ale nie sto razy; jemu jest zresztą wszystko jedno — mi nie jest wszystko jedno. Nie jestem też menelem, przynajmniej nie w normalnym znaczeniu tego słowa. Po prostu zawsze coś innego zajmuje mi głowę, pociąga za sznureczki moich nerwów.

Summa summarum, sprzątanie nie było konieczne, bo i tak za niedługo się wyprowadzam. Możliwość jego zrobienia przyjąłem jednak za wyzwanie od losu; za rękawicę rzuconą mi przez przeszłość; za okazję do rozprawienia się z tą przeszłością… i do znalezienia ciekawych rzeczy, które od dawna uznawałem za zaginione lub z których istnienia nawet nie zdawałem sobie sprawy; za okazję do odkrycia na nowo mojego potencjału…

A czegóż ja tam nie znalazłem. Sterty śmieci utworzyły coś w rodzaju góry, samodzielnego organizmu, złożonego z wielu wzajemnie zależnych od siebie modułów, z wydzielonymi kanałami przepływu informacji i materii (głównie kurzu) oraz miejscami gromadzenia się nowych elementów; wszystko to skonfigurowane jakoby w diabelską sieć neuronową o nieznanej dotąd rodzajowi ludzkiemu topologii, z niezliczonymi węzłami i zupełnie nieprzewidywalnym zachowaniem.

„Fazzoletti salvaspazio”. Parę napoczętych paczek włoskich chusteczek higienicznych. Pamiętam swój ostatni wiosenny wyjazd do Włoch. Zatopiony po uszy w stresie, jak zwykle się przeziębiłem, choć było całkiem ciepło; czynny był tylko jeden market, w którym były tylko opakowania po dwadzieścia cztery paczki…

Pismo z ambasady sprzed lat. Podziękowanie za koncert z wyrazem nadziei na dalszą współpracę. Kontakt, którego nigdy nie wykorzystałem.

Jakieś stare dokumenty szkolne; Wroubelek-nauczyciel, hahaha. Bezsensowny, paromiesięczny epizod w moim życiu, próba udowodnienia, że potrafię „ubrudzić sobie ręce tzw. normalną robotą”.

Sterta kart pokładowych, rachunków za hotele, przewieszek bagażowych (do reklamowania uszkodzeń w transporcie)… Tona kserówek i sakubunów (wypracowań) z japońskiego…

Jakieś stare tabletki?… Witamina D i „ziele Brahmi” — tego ostatniego nie zapomnę nigdy. Kolejny dowód mojej bezmyślności. Oglądałem kiedyś dokument o nałogowych alkoholikach; jeden z nich umarł w wieku dwudziestu paru lat (!), ale na kilka miesięcy przed śmiercią opisywał jedno ze swoich zatruć; był tak zatruty, że nawet kiedy brał do ust łyk wody, od razu wymiotował. Żeby od razu o tym robić film dokumentalny? Dobre sobie; toż to jak raz Wroubelek po terapii zielem Brahmi! Że ja to przeżyłem…

Dalej butelka „Mariacron” z dopiskiem „W podziękowaniu za »Poloneza As-dur op. 53«” (do dziś nie wiem co to za alkohol)… Własnoręcznie ulepione gliniane naczynko i przywieszka na lodówkę… Jakiś e-papieros z połamanym ustnikiem… (Nie używam nikotyny, co jednak nie oznacza, że nie potrafię jej używać.)

No i rzecz główna. Nokia N97 — wersja oryginalna, nie mini! Rozłożona na części pierwsze… To był bardzo dobry smartfon, wbrew temu co się na niego pomstowało. Przetrwał pięć lat w moich rękach a kupiłem go 1 lipca 2009 roku, czyli w dniu polskiej premiery. Świadectwo mojej nieporadności życiowej: odlutowywało mu się ciągle gniazdo USB, a ja je ciągle przylutowywałem starą, toporną radziecką lutownicą, która nadawała się bardziej do naprawy koparki… Za którymś razem coś na płycie głównej poszło z dymem, a ja — kretyn — stwierdziłem, że zamiast to naprawiać łatwiej będzie kupić drugi identyczny egzemplarz telefonu i przelutować do niego kości pamięci (kość systemową i kość pamięci masowej)… Nikt nie policzy godzin spędzonych na nadmuchiwaniu gorącym powietrzem stu kilkudziesięciu kuleczek cyny o grubości jednej czwartej przeciętnego ziarnka piasku każda… Zasiadałem do tego idiotyzmu od czasu do czasu, na przestrzeni całych miesięcy a i tak jestem w punkcie wyjścia. No, może nawet gorzej, bo wydaje mi się, że niektóre styki się uszkodziły. Masakra. Chociaż, hm, jeśli znacie jakiegoś dobrego speca od reballingu układów BGA — dajcie koniecznie znać, chętnie dam temu „projektowi” jeszcze jedną szansę! 😀

Najśmieszniejsze jest to, że żadna z tych rzeczy nie była stuprocentowym śmieciem; w każdej można było znaleźć coś, co na siłę czyniło ją użyteczną — stąd decyzja, żeby ją wyrzucić była niewykonalna przez tyle lat. Z ludźmi jest bardzo podobnie: wielu z nich to „śmieci”, jednak nie stuprocentowe śmieci; jesteśmy w nich zapatrzeni, staramy się na siłę dostrzec jakieś pozytywne ich cechy, mamiąc się, że ich obecność będzie nam jeszcze potrzebna, że być może będziemy z nimi spędzać więcej miłych niż niemiłych chwil. To złudzenie. Należy się ich pozbyć ze swojego życia i ze swojej świadomości.

Trzeba usunąć stare rzeczy i stary kurz, który nas dusi. Słyszę, że inni ludzie rozkwitają, podczas kiedy ja zasuszam się od środka, naiwnie chcąc pić ze źródełka, które po pierwsze dawno wyschło, a po drugie od zawsze było zatrute. Koniec z tym.

Dlatego też na takie dictum losu przygotowałem ogłoszenie. Znajduje się ono w następnej notce — zapraszam do przeczytania.

Wrou.

Reklamy