#11 Podstawy ateizmu

W niniejszym artykule opiszę tę część mojego światopoglądu, która jest częścią najważniejszą, najbardziej podstawową i najtrwalszą. Jeśli ktoś chce poznać i zrozumieć Wroubelka, musi poznać i zrozumieć wyłożone tu poglądy.

Wstęp

Ateistą można być z różnych powodów. Można wskazywać na obecność zła na świecie. Można wskazywać na konieczność ciągłego zmieniania interpretacji religijnych doktryn, tak by odpowiadały nowo poznawanym faktom lub na niedorzeczność historii opisywanych w świętych księgach. (Czemu bogowie obecnych religii monoteistycznych nie objawiali się ludziom prehistorycznym, tylko czekali na to sto tysięcy lat?) Można wskazywać na to, że religia ani nie tłumaczy zjawisk naturalnych ani nie nadaje ostatecznie sensu ludzkiemu życiu. (O czym będziemy marzyć w Niebie?) Można wskazywać na antropocentryczność wszystkich religii, na ich fiksację na punkcie drobnych, ludzkich spraw w obliczu ogromu wszechświata. Można wskazywać na to, że święte księgi są niewiarygodne, bo zostały spisane przez ludzi, którzy wiedzieli o świecie mniej niż my. (Czy ludzie nie rozumiejący nawet mechaniki opadów deszczu mogą nam powiedzieć coś wartościowego o naturze wszechświata?)

Choć wszystkie te argumenty są w zasadzie dobre, żaden z nich nie dotyka sedna problemu religii. Powyższe argumenty biorą pod obstrzał konsekwencje przyjęcia pewnych religijnych dogmatów, na przykład tego, że istnieje pewien bóg; że ten bóg jest dobry; że postępuje sensownie itp. Te konsekwencje mają być rzekomo na tyle niewygodne, by przekonać religijnego apologetę do porzucenia wiary. Im mocniej się jednak w coś wierzy, tym więcej niewygodnych lub wręcz niedorzecznych konsekwencji tej wiary jest się w stanie zaakceptować, zatem powyższe argumenty mogą przekonać albo już przekonanych albo tych wahających się. Osoba prawdziwie religijna może się zgodzić z każdym z tych argumentów — i nadal trwać w wierze.

Dlatego ja opieram swój ateizm na zgoła innych podstawach. Mój ateizm jest konsekwencją mojego światopoglądu filozoficznego, idei o znacznie szerszym zasięgu, stosującej się nie tylko do kwestii religii. Moje podstawy dostarczają argumentów, które według mnie uderzają w samo sedno religii, a zatem jeśli ktoś się z nimi zgadza, automatycznie stawia go to w szeregu ateistów. Tym właśnie podstawom poświęcę niniejszą notkę. Omówię też niektóre często używane riposty apologetów, zaś na koniec przedstawię historię kształtowania się moich poglądów na temat religii.

Jeśli chodzi o muzyczne interludium, oczywiście chciałem przedstawić coś napisanego przez ateistę, najlepiej na fortepian. Nigdy na lekcjach historii muzyki poglądy religijne kompozytorów nie były nawet wzmiankowane, chyba że chodziło o utwory religijne — moja wiedza na temat ateistów w muzyce była zatem zerowa dopóki nie zacząłem pisać tej notki. Jak się okazuje, ateistów w historii muzyki było wielu: Bizet, Busoni, Chaczaturian, Janáček, Ligeti, Prokofiew, Ravel, Rimski-Korsakow, Anton Rubinstein, Saint-Saëns, Richard Strauss, Szostakowicz, Varèse, Xenakis… by wymienić tylko tych najbardziej znanych (znanych przeciętnemu muzykowi).

Wybrałem Ravela. Maurice Ravel napisał tylko jeden religijny utwór, pięciominutowe opracowanie żydowskiej pieśni modlitewnej na zamówienie petersburskiej śpiewaczki operowej. Określał samego siebie jako ateistę, a jego pogrzeb miał charakter świecki. Poniżej link do „Sonatiny”, najbardziej obok „Jeux d’eau” znanego dzieła solowego Ravela, równie często jak ono prezentowanego na koncertach i wybieranego przez młodych pianistów na konkursy. Wykonuje turecki pianista Fazıl Say, ateista skazany za poglądy (1) przez turecką „dobrą zmianę” na 10 miesięcy więzienia w zawieszeniu.

https://www.youtube.com/watch?v=68sChKCObYw

Empiryzm

1.        Gromadzenie wiedzy

Człowiek przez prawie całe życie uczy się, gromadzi wiedzę. Znaczna część — o ile nie całość — tej wiedzy zdobywana jest poprzez interakcję z otoczeniem. Na przykład małe dziecko wkładając palec w płomień świeczki uczy się, że płomienie są gorące. Człowiek na późniejszym etapie rozwoju również uczy się w ten sposób — pamiętam moje zaskoczenie, kiedy raz w laboratorium wlałem któryś z izomerów ksylenu do zlewu, w przekonaniu że ksyleny rozpuszczają się w wodzie. Teraz już wiem lepiej.

Później poznaje się drugą metodę zdobywania wiedzy: uczenie się od innych, to znaczy słuchanie lub czytanie ich wypowiedzi.

Mamy wreszcie i trzecią metodę: używanie narzędzi myślowych, na przykład aparatu matematycznego, do wyciągania wniosków z posiadanej już wiedzy. Na przykład wiedząc, że półka regału wytrzyma 100 kg, potrafię obliczyć, że nie powinienem stawiać na niej więcej niż pięć 20-litrowych kanistrów z benzyną (przyjmujemy, że gęstość benzyny jest w przybliżeniu równa gęstości wody).

2.        Skąd pochodzi wiedza?

Jednym z kilku wielkich sporów w historii filozofii jest spór o to, skąd czerpiemy wiedzę: z rozumu czy z doświadczenia? Innymi słowy, jest to spór między racjonalizmem a empiryzmem. Ja zdecydowanie obstaję przy tym drugim stanowisku. Rozum może przekształcać zdobytą wiedzę, ale nie dostarczy jej, gdy w punkcie wyjścia nie dysponujemy żadną wiedzą. Trudno wyobrazić sobie, z jakich rozumowych przesłanek miałby wynikać fakt, że siła nacisku na półkę regału z przykładu wyżej będzie sumą sił nacisku kanistrów, jakie na nim postawię. Wydaje się to intuicyjne, ale tylko dlatego, że jest to wiedza powszechna i łatwo sprawdzalna. Każdy dowolny fakt odkryty przez nauki empiryczne mógłby nie istnieć a ani matematyka ani logika by na tym nie ucierpiały. Wyobraźmy sobie świat, w którym nie istnieje zasada superpozycji sił, czyli zasada, w myśl której naciski pochodzące od każdego kanistra dodają się. Załóżmy, że siły się mnożą, zatem dwa kanistry, każdy o masie 20 kg, wywierają łącznie siłę dwudziestokrotnie większą niż jeden kanister. Cóż, w tym świecie fizyka byłaby z pewnością inna, ale matematyka — nie. Zatem fakty nauk empirycznych nie wywodzą się z „czystego rozumu”, czymkolwiek by on nie był.

Pozostaje pytanie o pochodzenie wiedzy w rodzaju „2+2=4”. Tego tematu nie będę w tym artykule podejmował, choć uważam, że nawet i ta wiedza nie jest aprioryczna, tzn. pochodzi z doświadczenia.

3.        Prawdziwość sądów

Skoro zatem zgadzamy się co do tego, iż wiedza pochodzi z doświadczenia, musimy zgodzić się również, że ostateczną instancją weryfikującą prawdziwość jakiegoś sądu (zdania) jest doświadczenie. Jeśli ktoś mówi nam, że w Japonii zakazane jest wyznawanie islamu, to jedynym sposobem, aby się o tym przekonać, jest wzięcie do ręki japońskiego kodeksu karnego i przeczytanie go od deski do deski (najlepiej po japońsku). Wtedy będziemy mogli z pełną stanowczością i pewnością stwierdzić, że ten pogląd, powielany w setkach memów, jest obiegową bzdurą.

Możemy nawet spróbować zdefiniować prawdę jako zgodność z doświadczeniem, zaś fałsz — jako niezgodność z doświadczeniem. (Filozofowie będą mieli mnóstwo zastrzeżeń do takiej definicji, ale też sami jak dotąd nie sformułowali ostatecznej i zadowalającej definicji prawdy.)

Z definicją tą jest tylko jeden mały problem. Nie wszystko da się zweryfikować doświadczalnie. Nie mówię tu o technicznych trudnościach. Swego czasu ktoś dowcipny zauważył, że nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy na niewidocznej stronie Księżyca nie znajduje się gigantyczna reklama Coca-Coli. (Z Ziemi zawsze widać tylko jedną i tę samą stronę Księżyca.) Jeszcze w latach trzydziestych ubiegłego wieku Moritz Schlick zapewniał, że mówiąc o doświadczalnej weryfikacji ma na myśli jedynie teoretyczną możliwość jej przeprowadzenia — a jako przykład niemożliwej do przeprowadzenia weryfikacji podawał twierdzenia dotyczące planet i księżyców, mówiąc, że jest czystą niedorzecznością twierdzić, że człowiek kiedykolwiek postawi stopę na Księżycu. Szkoda, że profesor Schlick został zastrzelony przez jakiegoś wariata zaledwie 33 lata przed urzeczywistnieniem przez ludzkość tej „niedorzeczności”…

Kiedy zatem mówię, że nie wszystko da się zweryfikować doświadczalnie, mam na myśli twierdzenia, które w widoczny sposób umykają doświadczeniu. Twierdzenia, z których nie da się wywieść żadnych wniosków możliwych do bezpośredniej weryfikacji w praktyce. Twierdzenia, co do których nie da się wskazać doświadczalnego sposobu sprawdzenia, czy są prawdziwe czy nie. Na przykład z twierdzenia „Na niewidocznej stronie Księżyca jest reklama Coca-Coli” da się wywieść następujący sposób jego sprawdzenia: „Poleć na Księżyc i przekonaj się”. Z twierdzenia „Wokół mnie istnieje niezależny ode mnie świat” nie da się wywieść żadnego empirycznego sposobu jego weryfikacji. Nie ma takiego eksperymentu, który mógłby potwierdzić lub obalić tę tezę. Zarówno wyznawca teorii Matriksa jak i wyznawca teorii braku Matriksa wytłumaczą każde możliwe do przeprowadzenia doświadczenie jako emanację swojej teorii — ten wierzący w Matrix powie, że to, co zaobserwowaliśmy w naszym doświadczeniu było tylko impulsami wysłanymi do naszych mózgów przez System, zaś ten niewierzący w Matrix powie, że impulsy w naszych mózgach zostały wywołane prawdziwymi bodźcami, takimi jak światło, dźwięk itp.

4.        Sądy nieodwołujące się do doświadczenia

Twierdzenia nieweryfikowalne doświadczalnie stanowią poważny problem dla każdego empirysty. Gdybyż jeszcze dotyczyły one wyłącznie spraw tego typu co istnienie Matriksa… Niestety! Kiedy filozofowie zgrupowani w Kole Wiedeńskim sformułowali na początku XX wieku powyższy postulat, zwany zasadą weryfikowalności, okazało się, że nie spełnia go duża część ludzkiego dyskursu.

Członkowie Koła Wiedeńskiego, nazywani neopozytywistami, stanęli przed dylematem: porzucić tak intuicyjne i oczywiste kryterium weryfikacji prawdziwości twierdzeń — czy też porzucić te obszary ludzkiej myśli, które do niego nie pasowały? Wybrali tę drugą opcję. Uznali, że jeśli za jedyne źródło wiedzy uznajemy doświadczenie, to zdania, które nie odwołują się do doświadczenia; które nie mogą nigdy zostać zweryfikowane przez doświadczenie — są bezsensowne, nie przekazują żadnej treści. Treść bowiem musi być albo prawdą albo fałszem. Schlick poszedł o krok dalej i stwierdził: „Znaczeniem zdania jest metoda jego weryfikacji”; według tej interpretacji, znaczeniem zdania „Na niewidocznej stronie Księżyca jest reklama Coca-Coli” jest dokładnie to, że jeśli polecę na Księżyc, ujrzę tę reklamę. Zdanie, które nie wskazywało na sposób ustalenia, czy jest prawdą czy fałszem, zostało nazwane werbalizmem, czyli nic nieznaczącą zbitką dźwięków, tak jak szczekanie psa.

Tego, co poszło na pierwszy ogień neopozytywistów, mogło być żal jedynie filozofom z krwi i kości. Na pierwszy ogień poszła bowiem cała myśl metafizyczna. Metafizyka to dział filozofii, który analizuje problem bytu, istnienia. Do lamusa odeszły zatem debaty o tym, czy świat składa się z jednej czy dwu pierwotnych substancji, czy też może wszystko jest emanacją światła (jak u średniowiecznego filozofa Grossetestego), czy powszechniki naprawdę istnieją etc. Zdania na pozór metafizyczne, np. to o istnieniu reklamy na Księżycu, zostały zamienione na zdania bezpośrednio odwołujące się do doświadczenia, tj. zgodnie z przytoczonym postulatem „Znaczeniem zdania jest metoda jego weryfikacji”, zdanie

            Na niewidocznej stronie Księżyca jest reklama Coca-Coli

jest tożsame ze zdaniem

            Jeśli polecisz na niewidoczną stronę Księżyca, ujrzysz reklamę Coca-Coli.

W sposób nieunikniony weryfikacjonistyczne kryterium sensowności zmiotło z powierzchni ziemi cały dyskurs religijny oraz… naukowy. To ostatnie jest ironiczne o tyle, że neopozytywiści w większości byli naukowcami, a język nauki stawiali sobie za wzór, do którego powinny zbliżać się każde dociekania.

Okazało się, że nauka oprócz umiłowanych przez neopozytywistów zdań protokolarnych w rodzaju:

            Azot topnieje w temperaturze –210 °C

zawierała także abstrakcyjne zdania, takie jak:

            Jeśli ciało A działa na ciało B siłą F, to ciało B działa na ciało A siłą –F, o tym samym kierunku i wartości, a przeciwnym zwrocie.

Siły nie widać, widać co najwyżej efekt jej działania. Czy siła istnieje? Jak doświadczalnie zweryfikować zdanie „Siły istnieją”? To, że przedmioty się przemieszczają, nie dowodzi istnienia sił — przez wieki ludzie tłumaczyli przecież zjawisko ruchu na różne sposoby. Wygląda na to, że zdanie „Siły istnieją” jest bezsensowne; jak zatem możemy sensownie uprawiać fizykę?

5.        Sądy naukowe — nieodwołujące się do doświadczenia, a jednak sensowne

Po wielu dekadach debat i badań wiadomo, że nauka jest li tylko pewnym sposobem opisu doświadczenia. (Takim, który wprawdzie nie ma sobie równych, niemniej jednak jednym z wielu możliwych.) Pojęcia naukowe nie muszą być namacalne — ważne, że da się z nich wysnuć wnioski weryfikowalne w doświadczeniu. Teorie naukowe są tym lepsze, im dokładniej opisują doświadczenie. Zatem sądy naukowe pośrednio odwołują się do doświadczenia, dają przewidywania, które można doświadczalnie sprawdzić. W ten sposób zostało uratowane i kryterium sensowności przez doświadczalną weryfikację i nauka.

Należy jeszcze nadmienić, że kryterium weryfikowalności zostało w międzyczasie zastąpione kryterium falsyfikowalności. Otóż teorie naukowe zakładają, że to, co postulują będzie prawdziwe zawsze. Zatem przepowiadają taki a nie inny wynik potencjalnie nieskończenie wielu doświadczeń. Mogę przecież wciąż powtarzać ten sam eksperyment naukowy, żeby się przekonać, czy dana teoria nadal „działa”. Zatem jednostkowe eksperymenty nie mogą potwierdzić teorii, gdyż ta wypowiada się o nieskończenie wielkiej liczbie eksperymentów; krótko mówiąc, nawet jeśli eksperyment da wynik zgodny z teorią, nie dowodzi to jeszcze, że ten sam wynik będzie otrzymywany każdorazowo przy powtarzaniu tego eksperymentu w przyszłości. Tak więc teorię można tylko sfalsyfikować — jeśli eksperyment pokaże coś niezgodnego z nią — nigdy zaś nie da się jej ostatecznie zweryfikować.

6.        Sądy religijne — sensowne czy bezsensowne?

No dobrze — spyta uważny Czytelnik — a jak to się wszystko ma do ateizmu? Otóż wspomniałem już, że neopozytywiści załatwili za jednym zamachem cały dyskurs religijny: słowa, które nie odnosiły się do doświadczenia — takie jak „bóg” czy „dusza” — zostały pozbawione prawa do istnienia.

Można tu zadać pytanie, czy „bóg” nie może odnosić się do doświadczenia? Owszem, może, ale wtedy będzie zwykłym, namacalnym obiektem. Stosunkowo mało religii utrzymuje, że boga da się dotknąć, tak jak da się dotknąć krzesła, gdyż istnienie takiego boga stanowczo zbyt łatwo można byłoby potwierdzić lub (co bardziej prawdopodobne) obalić. Bogowie są prawie zawsze opisywani jako byty transcendentne, niedostępne zwyczajnemu, fizykalnemu doświadczeniu. Wielu apologetów poczuło się zatem co najmniej niekomfortowo, widząc jak chętnie świat filozoficzny przyjmuje neopozytywistyczne rewelacje, bo znaczyło to, że ich transcendentni bogowie dołączali właśnie do zbioru pojęć bezsensownych.

Religie zyskały drugie życie, gdy ustalono już, czym jest nauka i dlaczego nauka może używać słów nieodnoszących się bezpośrednio do doświadczenia. Apologeci zrozumieli, że jeśli tylko uda im się przefarbować idee religijne tak, by upodobnić je do abstrakcyjnych idei naukowych, mogą liczyć na przepchnięcie ich przez nowo otwartą furtkę do świata pojęć sensownych.

Ateizm semiotyczny

Problem z pojęciami religijnymi, który nie występuje w obszarze nauki, jest taki, że większość religii definiuje boga jako istotę na tyle konkretną, by mogła myśleć, odczuwać oraz komunikować się z ludźmi, lecz jednocześnie na tyle abstrakcyjną, by leżała poza zasięgiem poznania ludzkiego. Niestety nie da się zjeść ciastka i go mieć. Jedna i ta sama rzecz nie może być jednocześnie ideą i jedną z instancji tej idei w świecie; jednocześnie konkretem i abstraktem. Czerwona szmatka to nie czerwień, dobry człowiek to nie dobroć, a dwa jabłka to nie liczba dwa. O ile mi wiadomo, nikt z filozofów nie twierdził, że istnieją obiekty będące jednocześnie konkretami i abstraktami.

Jeśli bóg ma być obiektem konkretnym (materialnym), to w nieunikniony sposób podpada pod jurysdykcję nauki, staje się obiektem, który można badać (i obalić) naukowo. (Czasami apologeci mówią o różnych „innych światach”, w których bogowie mieliby istnieć, ma się rozumieć jako byty konkretne, lecz niedostępne naszemu poznaniu. Poruszę ten temat w dalszej części notki.)

Jeśli zaś bóg ma być obiektem abstrakcyjnym, to znaczy czymś takim jak liczba lub pojęcie fizyczne, to obiekt taki istnieje tylko o tyle o ile człowiek powoła go w myśli do istnienia; jego istnienie sprowadza się do bycia użytecznym narzędziem myślowym, czyli częścią formalnego aparatu naukowego służącego do wyciągania wniosków z przesłanek. Do takiego boga nie da się modlić, w takiego boga nie da się wierzyć, z takim bogiem nie da się nijak komunikować; ten bóg nie jest w stanie niczego robić, wszak istnieje tylko na papierze lub w myśli.

Dochodzimy zatem do wniosku, że bóg jest albo falsyfikowalną hipotezą naukową albo też niefalsyfikowalnym elementem abstrakcyjnej teorii, który istnieje o tyle tylko o ile można go wykorzystać do opisu jakiegoś fragmentu rzeczywistości. Zatem w pierwszym przypadku istnienie boga jest tak samo możliwe do obalenia jak istnienie jednorożców, zaś w drugim przypadku nie ma sensu nazywać takiej abstrakcyjnej idei mianem „boga”, bo nie ma ona nic wspólnego ani z rozumieniem tego pojęcia, jakie posiadali nasi przodkowie, którzy tworzyli religie, ani z rozumieniem tego pojęcia, jakie posiadają wyznawcy religii, wchodzący z takim bogiem w kontakt.

Przedstawiony powyżej rodzaj ateizmu zwykło się nazywać ateizmem semiotycznym.

Często zadawane pytania

Skąd można być pewnym, że (dany) bóg nie istnieje?

Zachęcam, by przeczytać artykuł raz jeszcze. Streszczając: albo ów bóg jest konkretem albo abstraktem. Jeśli jest konkretem, to łatwo obalić jego istnienie metodami naukowymi. Jeśli abstraktem, to nie ma sensu nazywać tego pojęcia mianem „boga”. To rozumowanie jest równie pewne, jak to, że dwa i dwa daje cztery.

Oczywiście jest możliwe, że istnieje starszy pan z długą brodą siedzący na chmurze, znany choćby ze „Stworzenia Adama” Michała Anioła. Tak samo jak jest możliwe, że istnieją krasnoludki. Lub jednorożce. (Nawiasem mówiąc, jestem przekonany, że nawet Michał Anioł traktował swoje przedstawienie tylko jako metaforę.) Ponieważ jednak nikt zdrowy na umyśle nie wierzy w krasnoludki ani jednorożce, analogiczna postawa wobec tak określonego (!) boga wydaje się równie zdroworozsądkowa.

Czy religia nie daje nam dodatkowych, pozanaukowych źródeł wiedzy o świecie? Skąd wiadomo, że nie istnieje inny świat poza tym, którego doświadczamy?

Aby w pełni odpowiedzieć na to pytanie, musiałbym podjąć dyskusję wielu zagadnień ontologii i epistemologii, czyli teorii bytu i teorii poznania. Spróbuję jednak streścić kluczowe spostrzeżenia pozwalające odeprzeć zarzut.

Rozpocznę od zadania pytania: skąd wiemy, że przedmioty, które widzimy, nie są tylko złudzeniami naszego umysłu a my nie znajdujemy się pod narkozą, jak zapytywał Wittgenstein, lub — by użyć nowocześniejszej metafory — w Matriksie? Jeśli to pytanie wydaje się Czytelnikowi głupie, mogę go zapewnić, że jego pytanie jest głupie z tych samych powodów. Jeśli natomiast nie wydaje się ono głupie, zachęcam do zastanowienia się nad nim.

Jedyną pewną rzeczą, jaka jest nam dana, są nasze teraźniejsze doświadczenia. Jeśli widzę jakiś błysk światła, to wiem, że widzę błysk światła. Jeśli słyszę dźwięk, to wiem, że słyszę dźwięk. Nie jestem w stanie sięgnąć do jakiegoś „świata zewnętrznego”, by przekonać się, czy błysk lub dźwięk był spowodowany jakimś rzeczywistym zjawiskiem czy też były to moje halucynacje. Podobnie nie jestem w stanie sięgnąć w przeszłość i ocenić, czy była taka, jak ją pamiętam albo jak o niej mówią jej teraźniejsze pozostałości.

Oczywiście tworzymy sobie różne abstrakcyjne konstrukty: świat zewnętrzny, odrębne świadomości każdego człowieka (do których też przecież nie mamy dostępu), ideę czasu i przestrzeni. Możemy stwierdzić, że skoro na stole nie leży żaden przedmiot, który w naszym mniemaniu mógł spowodować błysk, to błysk ów musiał nam się przywidzieć. To jednak jest tylko wniosek funkcjonujący w obrębie naszego sztucznego konstruktu myślowego, zwanego „obiektywną rzeczywistością” czy też „światem zewnętrznym”. Uwidacznia się też podstawowa różnica między bezpośrednimi doświadczeniami a abstrakcyjnymi myślowymi konstruktami. Otóż analizując późniejsze spostrzeżenia, na przykład spostrzeżenie, że w ogrodzie jest złodziej z latarką, która mogła przypadkowo zaświecić przez okno, mogę dojść do wniosku, że jednak błysk światła nie był tylko moim przywidzeniem. Widać, że prawdziwość stwierdzenia „Błysk mi się przywidział” podlega ocenie rozumowej, która zmienia się w zależności od napływających danych. Prawdziwość stwierdzenia „Widziałem błysk” (bez elementu oceny, czy błysk był prawdziwy czy nie), jest oczywista i stwierdzalna natychmiastowo. Ta podstawowa różnica pozwala na utrzymywanie rozróżnienia na konkretne doświadczenia i abstrakcyjne myślowe konstrukty.

Wszystkie wymienione wcześniej idee: świata zewnętrznego, świadomych podmiotów, czasu, przestrzeni — to abstrakcje oparte na analizie danych pochodzących z doświadczenia. Nie mamy dostępu do świata zewnętrznego — tworzymy sobie konstrukt o nazwie „świat zewnętrzny” na podstawie bezpośrednich doświadczeń.

Uprzedzam wątpliwości: czy powyższe rozumowanie dowodzi, że świat zewnętrzny nie istnieje? Nie! Dowodzi ono, że równie bezsensowne jest stwierdzenie, że on istnieje, jak to, że on nie istnieje — a to dlatego, że oba te stwierdzenia są nieweryfikowalne. Przy czym stwierdzeniu, że on istnieje, nadajemy sztucznie sens, tworząc w naszych umysłach abstrakcyjny model świata zewnętrznego. Tak to funkcjonuje. Jeśli Czytelnik się nie zgadza, może przerwać czytanie w tym miejscu i napisać w komentarzu, dlaczego.

Sytuacja nie jest beznadziejna, zaś — jak stwierdził Alfred Ayer — głupotą jest oczekiwać bezwzględnej pewności tam, gdzie tej pewności być nie może. Nikt nie wykorzystuje niemożności udowodnienia realności naszych doświadczeń jako argumentu przeciwko tym doświadczeniom. Oskarżony o morderstwo nie mówi w sądzie że jego ofiara nadal żyje a wszyscy ulegają zbiorowej iluzji. Również sąd nie odrzuca jasnego dowodu zbrodni w postaci noża z krwią ofiary na podstawie tego, że nie jest w stanie udowodnić, że nóż naprawdę istnieje. Nie robimy tego, bo to by znaczyło, że traktujemy nasze doświadczenia wybiórczo — jednym ufamy a drugim nie, a tego nie wolno nam robić (nie mamy do tego podstaw).

Jednakże w mniej oczywistych kontekstach różni intelektualni oszuści chętnie wykorzystują fakt, że nie jesteśmy w stanie udowodnić z absolutną pewnością niczego poza własnymi doznaniami. Na przykład tzw. kreacjoniści głoszą, że Ziemia powstała parę tysięcy lat temu, a ponieważ nie ma na to żadnych dowodów, twierdzą, że wszystkie dowody naukowe na rzeczywisty wiek Ziemi są sfabrykowane przez wszechmogące bóstwo. Można w takim razie zapytać: skąd kreacjonista ma pewność, że Ziemia nie powstała 5 minut temu, wraz z nami i naszymi głowami wypełnionymi „sfabrykowanymi” wspomnieniami z przeszłości, która nigdy nie istniała? Doskonale wszechmogące bóstwo byłoby w stanie dokonać takiego aktu stworzenia. Shots fired, man down.

Innym, mniej oczywistym kontekstem takiego intelektualnego kuglarstwa jest kontekst poruszony w oryginalnym pytaniu. Pytając o istnienie „innego” świata zakładamy, że mamy dostęp do jakiegoś rejestru światów i możemy je od siebie odróżnić. Niestety, to nieprawda. Każde doświadczenie można interpretować jako pochodzące „z tego świata” i analizować je metodami naukowymi. Nie ma żadnych powodów, by przypisywać jedne nasze doświadczenia do jednego a inne do innego świata.

Jeśli chodzi o pierwszą część pytania, to pojęcie wiedzy zazwyczaj definiuje się jako „prawdziwy i uzasadniony sąd”. Trudno wskazać na jakikolwiek prawdziwy lub w ogóle empirycznie weryfikowalny sąd, którego źródłem byłaby religia. Trzeba zatem stwierdzić, że stawianie tezy o jakimś wzbogacaniu naszego zasobu wiedzy przez religię jest zwykłym zabiegiem erystycznym.

Czy cudy nie dowodzą istnienia boga?

Nie da się sensownie zdefiniować pojęcia cudu, co jest konsekwencją faktów przywołanych w odpowiedzi na wcześniejsze pytanie o „inne światy”. Sam Kościół Katolicki stosuje przynajmniej dwa różne rozumienia tego pojęcia.

Czym jest cud? W dawnych czasach, kiedy wiedza naukowa człowieka była skąpa, cudem nazywano coś niezwykłego, co zdarzało się rzadko i przeczyło wyobrażeniom człowieka na temat świata bądź też to, czego człowiek nie potrafił zrozumieć. Taka definicja wydaje się być używana przez Kościół w procesie kanonizacji, gdyż żąda on rejestru cudów dokonanych bezpośrednio lub pośrednio przez osobę kanonizowaną, a nawet powołuje ekspertów mających dostarczać argumentów za i przeciw „cudowności” tych cudów! (Jednym z takich ekspertów w sprawie Matki Teresy z Kalkuty był słynny Christopher Hitchens.)

Definicja cudu jako czegoś, czego nie potrafimy wytłumaczyć, jest żenująco uboga intelektualnie. Po pierwsze, jest oczywiste, że w miarę postępu myśli naukowej, jesteśmy w stanie zrozumieć i wytłumaczyć coraz więcej rzeczy. Aby definicja działała, musielibyśmy udowodnić, że dane zdarzenie nie będzie mogło być nigdy wytłumaczone, co jest oczywiście niemożliwe do udowodnienia. Po drugie — co ważniejsze — ta definicja jest obciążona poważnym defektem filozoficznym, o którym już w artykule napomknąłem: definicja ta bazuje na błędnym z gruntu rozróżnieniu na „świat przyrodzony” i „świat nadprzyrodzony”, czyli „inne światy”, którego to rozróżnienia nie da się na podstawie doświadczenia dokonać!

Niektórzy starają się zdefiniować cud za pomocą splotu niskiego prawdopodobieństwa i wysokiej korzyści dla „beneficjenta” cudu. Na przykład mówią, że jeśli ktoś wyleczy się z raka, choć lekarze szacowali prawdopodobieństwo takiego wyleczenia się na liczbę bardzo niską, to jest to cud. Taki argument bazuje na niezrozumieniu co najmniej dwóch koncepcji. Po pierwsze, to, że coś jest mało prawdopodobne, nie oznacza, że wydarzenie się tego czegoś przeczy naszej wiedzy, czy też jest czymś niespodziewanym. Wręcz przeciwnie, skoro mówimy, że z częstotliwością np. jeden na milion jakieś wydarzenie się wydarza, to jesteśmy przekonani, że z miliona prób otrzymamy jeden sprzyjający wynik. Tego się właśnie spodziewamy i to jest jak najbardziej zgodne z naszą wiedzą. Wygranie na loterii jest mało prawdopodobne, a mimo to średnio „co tydzień ktoś wygrywa”, według słów Totalizatora. Po drugie, wyleczenie się z raka, nawet spontaniczne, nie jest sytuacją niespotykaną w medycynie. Przeprowadza się eksperymenty na zwierzętach laboratoryjnych, z których jasno wynika, że w niektórych odmianach raka istnieje stały procent np. szczurów, które wychodzą z choroby cało, pomimo braku leczenia. Jednak apologeci w tym przypadku nie zgadzają się już na użycie terminu „cud”: po pierwsze dlatego, że to szczury; po drugie dlatego, że owe cudowne uleczenia zdarzają się w miarę regularnie. Widać, że ci, którzy proponują definicję cudu jako czegoś nieprawdopodobnego i dobrego, przeczą sami sobie.

W odpowiedzi na wszystkie powyższe zarzuty, niektórzy apologeci tłumaczą, że w cudzie nie chodzi tak naprawdę o prestidigitatorskie sztuczki, ale o wewnętrzną przemianę duchową człowieka w nim uczestniczącego. Oczywiście, tak rozumiany cud niczego nie dowodzi i na taką definicję można się zgodzić. Owe „wewnętrzne przemiany” powoli zaczynają natomiast być domeną badań neurologów.

Jak powstało życie? Czy to, że nie wiemy, jak powstało życie nie dowodzi, że życie stworzył Bóg?

Nie wiem jak powstało życie i nikt tego nie wie, choć jest wiele prawdopodobnych hipotez. Ważne jest natomiast, aby zauważyć, że hipoteza stworzenia życia przez boga (chrześcijańskiego lub innego) niczego nie wyjaśnia. Hipoteza stworzenia życia przez boga sprowadza się do wskazania na organizmy żywe i powiedzenia: to stworzył bóg. Krótko mówiąc, zamiast tłumaczyć, jak coś powstało, nazywa ona to coś dziełem boga. Jednak nazwać nie znaczy zrozumieć. Pojawiają się bowiem natychmiast dwa pytania: „Co to jest bóg?” oraz: „W jaki sposób bóg stworzył życie?” Zatem apologeta musi teraz wyjaśnić więcej kwestii niż miał do wyjaśnienia przed zapostulowaniem swojej hipotezy.

Konkludując, stwierdzamy, że hipoteza boga nie jest w ogóle hipotezą, a na pewno nie może stanowić konkurencji dla hipotez naukowych. Tym bardziej nie stanowi ona dowodu istnienia żadnego boga. Zaznaczam, że wszystko to możemy i powinniśmy stwierdzić zanim zaczniemy się zagłębiać w genomy, DNA i częstość jego mutacji.

Przecież Bóg przekracza granice logiki! Ludzkie rozumowanie się do niego nie stosuje!

Pat Condell zauważył kiedyś, że „Bóg przekracza granice logiki” w taki sam sposób jak bandyta przekracza granice prawa — i to chyba najlepiej obrazuje naturę powyższego argumentu. Jest on oczywistym zabiegiem erystycznym mającym na celu hurtowe i nieodwołalne usunięcie wszelkich wątpliwości ateisty poprzez stwierdzenie, że o bogu po prostu nie wolno dyskutować.

Jak każde stwierdzenie, także i to wymaga jednak dowodu. Jak apologeta udowodni, że bóg przekracza granice logiki i doświadczenia?

Ponadto, taki sposób argumentacji godzi w samą religię, bo to oznacza, że w ogóle nic o bogu powiedzieć nie można — i zakaz ten dotyczy w równym stopniu wyznawców co kapłanów religii, jak również świętych ksiąg danej religii. To raczej strzał w stopę dla apologety.

A doświadczenie religijne? Skoro można doświadczyć obecności krzesła, to można doświadczyć obecności boga!

Oczywiście, jeśli ów bóg jest czymś podobnym do krzesła, albo chociaż człowieka, to jak najbardziej można go doświadczyć.

Ponieważ jednak nikt nie utrzymuje, że widział starca na chmurze w otoczeniu skrzydlatych aniołków, należałoby zapytać, czego konkretnie doświadcza osoba religijna; w jaki konkretnie sposób jest zdefiniowany ów bóg, którego ona doświadcza. Jeśli chcemy coś udowodnić (np. istnienie boga), musimy wiedzieć, co dokładnie jest treścią dowodzonego przez nas twierdzenia. Jeśli bóg ma być na przykład zdefiniowany jako „istota, która stworzyła świat”, to trudno z takiej definicji wywieść jego cechy, które mogłyby człowiekowi objawić się w doświadczeniu i utwierdzić go w przekonaniu, że ma kontakt (wzrokowy lub inny) właśnie z owym bogiem.

Ponadto, aby takie doświadczenie mogło być dowodem, trzeba byłoby dowieść, że nie da się tego doświadczenia interpretować z pozycji ateisty-empirysty. Dlatego na przykład wszelkie epizody religijnych uniesień i mdlenia na Stadionie Narodowym (polecam wyszukać informacji w sieci), nie dowodzą istnienia niczego oprócz mechanizmu utraty świadomości w wyniku niedotlenienia mózgu.

Rozumiem, że niektórzy księża są pedofilami a Kościół opływa w bogactwa. Ale to nie powód żeby odrzucać wiarę w Jezusa, prawda?!

Oczywiście, że to nie powód, by odrzucać wiarę w Jezusa. To nie powód, by odrzucać wiarę w Kościół — „święty kościół grzesznych ludzi”. Z drugiej strony, ja nigdy nie musiałem odrzucać wiary w Jezusa, bo nigdy w niego nie wierzyłem.

Ludzie mniejszego kalibru, m.in. politycy, dziennikarze, aktywiści, często zadowalają się krytyką konkretnej wspólnoty (najczęściej Kościoła Katolickiego) lub kapłanów tej wspólnoty, wytykając na przykład to, że część księży jest pedofilami, część księży interesuje się tylko pieniędzmi — i na podstawie tej krytyki odrzucają wiarę. Taki argument uważam za beznadziejnie chybiony. Nie uderza on ani w wiarę ani w religię ani nawet we wspólnotę, ale w konkretnych jej członków i to w sposób, który nijak nie wskazuje na związek ich złych uczynków z religią, jaką wyznają. To nie jest argument przeciwko wierze religijnej i ja tego argumentu nigdy nie używałem.

Poza tym ludzie, którzy w tenże sposób stają się „ateistami”, szybko przestają nimi być, kiedy na przykład spotkają miłego księdza albo przyjdzie im brać ślub, a ich „miłość” zażyczy sobie, by był to ślub kościelny.

Czy religia nie daje ludziom moralności? Czy bez religii ludzie nie zachowywaliby się jak zwierzęta i mordowali siebie nawzajem? Czy nie warto wspierać religii nawet jeśli jej doktryny są nieprawdziwe?

Mówiąc krótko: nie. Podobnie jak religia nie jest głównym czynnikiem sprawiającym, że ludzie stają się terrorystami, tak samo nie jest ona głównym czynnikiem sprawiającym, że tworzą normy moralne i postępują (w większości przypadków) zgodnie z nimi. Moralność nie tylko nie jest domeną ludzi religijnych, ale wręcz w ogóle nie jest domeną ludzi. Moralność, choć oczywiście nie taką skodyfikowaną, posiadają również zwierzęta. Na przykład samce wielu gatunków zazwyczaj nie walczą o dane terytorium i jego zasoby na śmierć i życie; do ustalenia dominacji wystarczają im dużo łagodniejsze środki. Z kolei samiec dominujący nie musi co i rusz używać bezpośredniej, fizycznej agresji do wyegzekwowania posłuszeństwa.

Nie trzeba od razu studiować zachowań lwów, wystarczą króliki. Mam od długiego czasu wiele tych fascynujących zwierząt w domu i — kiedy miałem więcej czasu — mogłem nieraz zaobserwować zaskakującą złożoność interakcji między osobnikami w stadzie, jak również między królikami a ludźmi. Króliki rzadko kiedy walczą; po wstępnym ustaleniu hierarchii, wystarczy im „polizywanie” sobie nawzajem futerka na głowie. Króliki dobrze wiedzą, czego im człowiek zakazuje; czasem udaje im się nawet zapanować nad swoimi instynktami. Czasem zaś chcą oszukać ludzi, szczególnie kiedy myślą, że ludzie ich nie widzą; gdy zobaczą, że ich „przestępstwo” wyszło na jaw, ich zachowanie w widoczny sposób się zmienia, stają się potulne, uciekają do klatki — zatem odczuwają wstyd.

Ktoś może powiedzieć, że to nie jest moralność, bo zwierzęta nie mają „świadomości” lub „zrozumienia”, czym jest kod moralny, imperatyw kategoryczny, bądź też nie umieją „przyjąć perspektywy drugiego osobnika”. To bardzo słaby argument, bowiem za zasłoną mętnych sformułowań typu „świadomość” czy „zrozumienie” próbuje on przemycić w gruncie rzeczy prostackie stwierdzenie, że zwierzęta nie mają moralności, bo nie są ludźmi, a moralność jest właściwa tylko ludziom. W ten sam sposób niektórzy próbują dowodzić, że komputery (czy ogólniej, algorytmy) nie będą nigdy umiały myśleć. Dla mnie, jako empirysty, jeśli doświadczenie nie czyni różnicy między dwiema rzeczami, to tej różnicy między nimi nie ma. Nie ma zatem różnicy między czymś, co posiada moralność a czymś, co „tylko doskonale imituje” posiadanie moralności; podobnie z inteligencją, myśleniem, świadomością…

Krótko mówiąc, moralność nie pochodzi od religii. Moralność kształtuje się raczej wraz z nowymi możliwościami, jakie przed człowiekiem otwiera postęp technologiczny. Moralność dopasowuje się do tego, co ludziom jest w danym momencie rozwoju potrzebne, religia zaś podąża za tymi zmianami i opisuje tylko stan faktyczny. W najdawniejszych czasach, kiedy ludzie koczowali w danym miejscu a potem się przenosili, ciężko było zdobyć wystarczającą ilość pożywienia do przetrwania. Starcy byli pozostawiani samym sobie, gdyż spożywali a nie wytwarzali. Kiedy ludzie nauczyli się uprawiać zboże i zaczęli prowadzić osiadły tryb życia, jedzenia było więcej, a starszyzna okazała się użyteczna ze względu na życiowe doświadczenie, jakie posiadała. Kiedy wielkie cywilizacje zaczęły rosnąć i zderzać się, jedne z nich podporządkowywały sobie inne, a niewolnictwo było normą. Niewolnictwo przetrwało zresztą bardzo długo, bo aż do czasów rewolucji przemysłowej, kiedy to niewolników zastąpiły maszyny, a żywych ludzi, niepomiernie bardziej inteligentnych od maszyn, wykorzystano do innych celów. Wynalazek druku przyczynił się do rozpowszechniania idei, a to z kolei pozwoliło wpływać na świadomość ludzkich mas (kiedy już nauczyły się pisać i czytać, a to trochę trwało). Dojrzewała myśl, że ludzie z niższych warstw społecznych są takimi samymi ludźmi jak ci z warstw wyższych. Wiek dziewiętnasty był świadkiem powstania nowoczesnych narodów. Nastąpiła zatem emancypacja najniższych warstw społecznych. W wieku dwudziestym, kiedy większość rodzin z klasy średniej mogła sobie pozwolić na kupno sprzętów ułatwiających prowadzenie domu, upadł model rodziny, w którym mężczyzna zarabia pieniądze a kobieta wychowuje dzieci. Kobiety zaczęły masowo realizować się w różnych zawodach zgodnych z ich indywidualnymi predyspozycjami i preferencjami. Nastąpiła ich emancypacja. Kiedy wkroczyliśmy na kolejny poziom dobrobytu, zaczęliśmy masowo powiększać nasze rodziny o „nowych członków”: zwierzęta w rodzaju szczurów czy myszy, które nie tak dawno tępiliśmy.

Oczywiście, do każdej z tych wielkich zmian kulturowych można przypisać jedną lub kilka postaci, które je zainicjowały bądź też stały się ich symbolem. Pytanie pozostaje otwarte, czy to te postaci stworzyły sobie dogodne warunki do funkcjonowania, czy też — odwrotnie — same były tylko wytworem sprzyjających warunków społeczno-ekonomicznych. Ja opowiadam się za tą drugą opcją, ponieważ każda zmiana na wielką skalę wymaga, aby masy prostych ludzi mogły sobie pozwolić na robienie nowej rzeczy lub też robienie starej rzeczy w nowy sposób. Jeśli ten nowy sposób okaże się zbyt trudny, bądź też dostępny tylko dla nielicznych — zmiana nie będzie miała masowego charakteru, zgaśnie w wielu małych, jednostkowych ogniskach. W czasach, kiedy setki tysięcy ludzi musiały przerabiać rudy stali, węgla czy soli, nie opłacało się do takiej pracy zatrudniać kobiet, bo ich wydajność byłaby niewielka, a za to przyrost naturalny spadłby dramatycznie (pamiętajmy o wysokiej śmiertelności i zapadalności niemowląt na różne wyeliminowane obecnie choroby).

Jedno jest natomiast pewne: nie widać żadnej oczywistej zależności między tymi kulturowymi zmianami a religią. To samo chrześcijaństwo, oparte na tej samej „Biblii” istnieje od dwóch tysięcy lat, a moralność w tym czasie zmieniła się diametralnie.

Na ostatnie pytanie muszę odpowiedzieć przecząco. Nawet jeśli religia dawałaby ludziom moralność, sam fakt, że jest ona intelektualnym oszustwem, wyklucza ją z grona idei, które chciałbym wspierać.

Każdy, kto miał w życiu naprawdę ciężkie chwile wie, że bez Boga nie da się obejść!

Po pierwsze, to nie jest argument przemawiający za religią. Podobnie jak w przypadku poprzedniego argumentu o moralności, którą rzekomo religia ludziom daje, usiłuje się tu przekonać Czytelnika, że jeśli pewne stwierdzenie jest użyteczne, to należy je utrzymywać lub wmawiać sobie, że jest prawdziwe. Niestety jestem radykalnym głosicielem prawdy i w tej materii absolutnie cel nie uświęca środków. Prawda jest bezwarunkowo zawsze lepsza od fałszu.

Po drugie, to nieprawda, że wiara pomaga w ciężkich chwilach. Z wiarą jest jak z papierosami — palacze twierdzą, że papierosy im pomagają: odprężyć się, pobudzić, lepiej myśleć, nie myśleć, uprawiać sport, znosić bezruch, spać, wstawać, więcej jeść, mniej jeść, trawić, wydalać, biegać, oddychać i pewnie również żyć — ale wystarczy spojrzeć na pierwsze lepsze zdjęcie rozedmy płucnej, by przekonać się, ile w tym prawdy. Natomiast osobie niepalącej papierosy raczej na pewno w niczym nie pomogą.

Ja też w życiu miałem ciężkie chwile, ale nigdy nie pomyślałem nawet, żeby zwrócić się po pomoc w kierunku religii. W trudnych chwilach powinno się przeanalizować sytuację, dowiedzieć się, co powoduje problem i to właśnie naprawić. Ja tak robiłem ze wszystkimi swoimi problemami w życiu i jak dotąd prawie wszystkie udało mi się wyeliminować, a te jeszcze niewyeliminowane — osłabić. Mój rozum uratował mi kilka razy życie, jest najcenniejszą rzeczą, jaką posiadam i nigdy nawet nie pomyślałbym, żeby z niego rezygnować w imię posłuszeństwa jakiejś religii.

Można w ciężkich chwilach prosić innych o pomoc; to wyjście ma jednak pewną wadę. Aby ją Czytelnikowi unaocznić, posłużę się analogią. Przypomina mi się tu artykuł niejakiego księdza Dziewieckiego, traktujący o ludzkiej płciowości. Ksiądz Dziewiecki mówi o różnych fortelach, jakie wymyślają młodzi ludzie, aby przekonać samych siebie, że współżycie przed ślubem jest w porządku:

Żądanie „dowodów” miłości oznacza w rzeczywistości, że tej miłości nie ma. Uczciwe rozumowanie ze strony chłopaka powinno być dokładnie odwrotne. Powinien on zapytać swoją dziewczynę o to, czego ona pragnie oraz przez jakie postępowanie może on jej pomóc, by mu coraz bardziej ufała i by czuła się kochaną. Odpowiedzią ze strony dziewczyny raczej nie będzie wtedy propozycja współżycia seksualnego.(2)

Zgadzam się w zupełności! Zgadzam się, że jeśli człowiek namawia drugiego wbrew jego woli do współżycia seksualnego, sugerując jakoby ten drugi miał obowiązek z nim współżyć wobec faktu, że się kochają — to zasługuje on na potępienie! A co powiedzieć o człowieku, który wciska drugiemu religijny kit, wykorzystując jego chwilową słabość psychiczną i pod pozorem pomocy mu prowadzi prymitywną ideologiczną indoktrynację? (Nie mówię tylko o duchownych.) Jeśli ktoś ma problem, to rozumowanie przyjaciela, który chce mu pomóc, powinno być dokładnie odwrotne: powinien on zapytać, co mu dolega, co chce on osiągnąć i co sprawia mu trudności, a następnie spytać, co można zrobić, by mu pomóc. Odpowiedzią ze strony człowieka w kłopocie raczej nie będzie wtedy chęć słuchania i przyjmowania egzotycznych dogmatów jakiejś wiary religijnej i uczestniczenia w kościelnych ceremoniach.

Chrystus zmartwychwstał oraz był urodzony z dziewicy! Czy to nie wystarczy, by w niego wierzyć?

Pytanie jest absurdalne, ale mimo to pozwolę sobie na komentarz. Otóż wielu innych bogów też było urodzonych z dziewicy w czasie przesilenia zimowego, np. Ozyrys. Jeśli zaś chodzi o zmartwychwstawanie, angielska Wikipedia posiada cały artykuł na temat motywu „Umierającego i powstającego boga” (ang. Dying-and-rising deity).

Naturalnie chrześcijańscy apologeci, którym zależy na tym, by mit Chrystusa pokazać jako unikatowy w skali świata, kontestują ideę umierającego i powstającego boga, wskazując na różnice między innymi mitami klasyfikowanymi w tej kategorii a mitem Chrystusa. Oczywiście, każdy mit ma właściwe tylko sobie szczegóły. Tym niemniej, istnieje całe mnóstwo bogów w różnych kulturach na świecie, których życiorysy są naprawdę podobne do życiorysu Chrystusa — i jeśli kogoś nie przekonują inne argumenty, to sam ten fakt powinien mu wystarczyć, by spojrzał na opowieść o Chrystusie innym okiem.

Na przykład bóg hinduski Kryszna był ludzkim wcieleniem boga Wisznu. Kiedy był dzieckiem, zły król Kansa wysłał demony, by zabiły Krysznę, co się nie udało. Ostatecznie Kryszna został postrzelony przez myśliwego w lesie, który uznał go za jelenia (ten wątek bardzo często pojawia się we współczesnej polskiej kulturze). Kryszna dokonał wniebowstąpienia. Brzmi znajomo?

Najprostszym i — myślę — najlepszym wytłumaczeniem tych faktów jest to, że człowiek od zawsze borykał się z problemami, z których głównym była nieuchronna śmierć. Tworząc postacie swoich bogów, wyposażał je w atrybuty, które sam chciał posiadać. Jednak dorosły człowiek w XXI wieku powinien umieć odróżnić mit od rzeczywistości.

Moja historia

Nigdy nie wyznawałem wiary religijnej ani nie zostałem zapisany do żadnej wspólnoty religijnej (w szczególności, nie byłem nigdy chrzczony). Nie byłem w dzieciństwie indoktrynowany przez rodziców, lecz miałem pewne pojęcie o istnieniu religii. Mój ojciec zanotował w pamiętniku taki fragment mojej rozmowy z matką, która odbyła się, gdy miałem cztery lata:

— A co się dzieje jak się umiera?

— To się idzie do nieba.

— Acha. I nie da się stamtąd wyjść?

Kiedy poszedłem do szkoły, sam zrezygnowałem z uczęszczania na lekcje religii w wieku lat dziesięciu (poprosiłem mamę, żeby mnie wypisała, dzięki czemu mogłem chodzić w tym czasie na informatykę ze starszą klasą, która informatykę już miała). Na tych kilkudziesięciu lekcjach religii, na których byłem, uczyłem się o tajemnicach radosnych, bolesnych i jakichś jeszcze, o faryzeuszach, o hostiach i innych sprawach; uczyłem się na pamięć modlitw, przykazań i historii z „Biblii”.

Uczyłem się tego na takiej zasadzie, na jakiej małe dzieci uczą się wszystkiego innego, to znaczy na zasadzie powtarzania za dorosłym. Dla małego dziecka „prawdą” jest to, co usłyszy od dorosłego, nawet jeśliby to miało kolidować z tym, czego samo doświadczy. Małe dziecko mniej jest zainteresowane tym, co jest prawdą a więcej tym, jak powinno postępować, by być akceptowane w grupie ludzi, w której funkcjonuje; by być popularnym wśród rówieśników i chwalonym przez dorosłych. Oznacza to, że na pytanie nauczyciela małe dziecko w odpowiedzi powie raczej to, czego nauczyciel od niego oczekuje niż to, do czego dziecko samo dojdzie po namyśle — nie wiem, czy to prawda w ogólności (trzeba by spytać psychologa dziecięcego), ale u mnie tak to wyglądało.

Jednak w wieku lat dziewięciu–dziesięciu zacząłem zastanawiać się nad kwestiami religijnymi. Uwagę moją zaprzątały proste, zrozumiałe dla umysłu dziecka problemy, takie jak duchy, cudy albo to, jak wygląda pobyt w Niebie: jak ludzie tam wyglądają, ile mają lat itp. Znamienne jest, że nigdy nie zastanawiałem się nad problemami aksjologicznymi czy etycznymi — a jedynie nad problemami metafizycznymi. Być może oznaczało to, że miałem w sobie coś więcej z naukowca aniżeli literata lub też — by użyć innego porównania — że było mi bliżej do Dawkinsa i Russella niż do Hitchensa.

Później tego typu rozważania zostały mi na czas jakiś wywiane z głowy przez dziewczyny i pierwsze miłosne podboje.

W gimnazjum, w wieku lat piętnastu–szesnastu, zapisałem się na jakiś konkurs filozoficzny. Nie doszedłem do finału, ale obudził on we mnie na nowo zainteresowanie religią i filozofią — tym razem jednak dużo głębsze, trwające do dziś. Interesowałem się wtedy głównie dowodami na nieistnienie boga/bogów; znaczy to, że wyraźnie określiłem się jako ateista i poszukiwałem uzasadnienia tego stanowiska. Starałem się rozmawiać z dziadkiem, który był doktorem filozofii, jednak po roku przeniosłem się do Internetu, gdzie miałem niepomiernie większe możliwości rozwijania swojej wiedzy, umiejętności rozumienia argumentów i poprawnego ich wysławiania.

W wieku lat dziewiętnastu przeżyłem krótki, roczny epizod ze studiami filozoficznymi — wtedy już jednak mój światopogląd był na tyle bogaty, że interesowały mnie szczegółowe problemy, wynikające z rozważania wielu różnorodnych kwestii światopoglądowych (nie tylko tych religijnych), na przykład: czy można zdefiniować pojęcie matematyczności czy ogólniej: opisywalności świata; dlaczego niemożliwe jest wynalezienie algorytmu mechanicznie udowadniającego wszystkie możliwe stwierdzenia w matematyce — i tym podobne. Okazało się niestety, że te problemy — choć ważne dla filozofii — nie są roztrząsane na studiach filozoficznych, a do ich analizy konieczne jest posięście(3) ogromnej wiedzy z wielu innych dziedzin ludzkiego poznania. Studia zamierzam kiedyś dokończyć, lecz nie nastąpi to, dopóki owej niezbędnej wiedzy nie posiądę.

W tej wersji mój światopogląd przetrwał do dziś, choć dziś nie ma już we mnie tego ferworu i gorliwości do rozmowy co dawniej. Jeśli ktoś zechce zamienić ze mną kilka zdań, dowiedzieć się o moim światopoglądzie — wtedy jestem jeszcze w stanie zmusić swe mózgowe zwoje do pracy.

Posłowie

Długo myślałem, jak zakończyć tę notkę, lecz nic konkretnego nie przychodzi mi niestety do głowy. Może to dlatego, że planuję poruszyć jeszcze temat ateizmu, a w szczególności napisać o różnych ciekawych ludziach, którzy byli ateistami. Dziękuję więc za lekturę i zapraszam do komentowania.

Przypisy

(1) Wyrok został zawieszony w następstwie ogólnoświatowych protestów. Jak pisze Polskie Radio, „oskarżenie dotyczyło wpisów, w których Say między innymi oświadczył, że jeśli ktoś jest «wszą, miernotą (…), złodziejem czy bufonem, to zawsze jest to islamista». Pianista żartował też na temat nawoływania do modłów, które trwały zaledwie 22 sekundy. «Po co taki pośpiech? Czekała kochanka czy raki?» — napisał na Twitterze (raki to wódka ze sfermentowanych rodzynek). Inny wpis Saya nawiązywał do średniowiecznego perskiego poety, matematyka, filozofa i zarazem miłośnika wina Omara Chajjama, który zapytywał, czy niebo to tawerna czy dom publiczny — z tej racji, że wierni muzułmanie mają obiecane tam rzeki winem płynące i hurysy”. Źródło: https://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/936928,Turcja-Pianista-Fazil-Say-ponownie-skazany

(2) https://opoka.org.pl/biblioteka/I/IP/seks_noblicza.html

(3) http://nfjp.pl/lemma/posi%C4%99%C5%9Bcie

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s