#12 Numer dwa

https://youtu.be/B6mLJNSh9kw?t=9m52s

Betonowe popołudnie. Sucho. Widno, lecz już niedługo. Marzec–kwiecień. Chłodno. Resztki spalenizny po zimie w powietrzu. Gmach szkolny. Wielki gmach. Szary prostopadłościan. Pałacz betonowy / палач estetyki. Szary, charatający tynk. To nie wieczór, senna dwuznaczność. To wcześniej; to martwy czas, który stoi w miejscu, w którym słońce świeci bez końca, a wszystko jest jasne i oczywiste.

Lecz ci, którzy weszli bocznym wejściem do szkoły, to nie uczniowie. Dwanaście osób z plecakami, sześć takich i sześć takich. Wszyscy mieli po dwadzieścia parę lat. Była to młodość przeciętnej urody: gładkość, nie-bujność, nie piękno a nie-zużycie; młodość.

W sali były dekoracje zostawione przez dzieci; dekoracje były pozawieszane między bezsensownymi szafkami bez drzwiczek, pozbijanymi z oklejonych płyt, kolejnymi katami (katami estetyki wnętrz). Leżał tam bałagan w wielkiej ilości: kolorowe ścinki, kleje w sztyfcie, nożyczki, kolorowe kolory i farby, też kolorowe. Dzieci nie było w całej szkole, choć z daleka dochodził gwar.

Młodzi wykonywali tylko niezbędne ruchy. Byli poważni i skupieni. Zachowywali spokojną czujność. Nie robili hałasu. W ogóle ich tam nie było. Rozpakowali plecaki i przebrali się.

Pani Prowadąca była w średnio-zaawansowanym wieku i miała krótkie włosy farbowane na jasny kolor. Nie posiadała żadnej urody. Była chuda, wysportowana; miała okulary i workowaty sportowy strój z tworzywa sztucznego. Miała też spokojny charakter i pewne ruchy.

Nikt nigdy nawet nie myślał, żeby przynosić na spotkania alkohol.

Insan zamyślił się. Nie dotarła do niego część dalsza. Część dalsza była oczywista. Poczuł zastrzyk podniecenia. Ważne było tylko to, co zaraz nastąpi. „Ta mięsowa” — pomyślał Insan. Nie znał nikogo w tej grupie. Reszta składała się ze stałych bywalców i znała się nawzajem. „Jak to zrobić?” — zastanawiał się Insan. W pierwszej turze zazwyczaj nie udawało się dobrze się sparować. Trzeba jednak próbować.

„Ooo nie!” — zaklął w głowie Insan. Oto starsza siostra Insana w wielkiej bańce mydlanej unosiła się w sali i konwersowała żywo z Panią Prowadzącą. „Ale kiedy te zajęcia się kończą?!” Pani Prowadząca coś odpowiadała, lecz ta nacierała nieugięcie. W Insanie rosła frustracja. Chciał tę bliską mu istotę jakoś udusić, zniszczyć ją jej własną bańką mydlaną. W końcu Insanowi udało się wypchnąć rękoma powietrze wraz z siostrą, która jeszcze przelatując przez próg odkrzykiwała się: „Ale proszę mi powiedzieć!…” Insan tego nienawidził.

Dobrze. Trafiła mu się niemięsowa. Bardzo przeciętna. Miała kolczyki w różnych częściach twarzy, rzadkie czarne włosy i ogólnie niewydarzony wygląd. To była przeciętna grupa. Ale mogło być gorzej. Najwyżej w kolejnej turze…

Grupa uspokoiła się. Ustawiono się w nabożnym skupieniu, w oczekiwaniu na rozpoczęcie się pierwszej tury.

Gwizdek Pani Prowadzącej.

Insan chwycił dziewczynę za ramię, ona skontrowała; próbował obrócić ją przed sobą, jednak kucnęła, aby obrót był nielegalny. Grała bardzo dobrze. Zrobili jeszcze kilka ruchów, przy czym żadne nie mogło uzyskać przewagi. Widać, że znała książkę otwarć.

Dziewczyna była apatyczna i kompletnie niezainteresowana grą. Może to wina pierwszej tury. Inne dziewczęta nawet rozmawiały między sobą w trakcie! A może to jego wina, bo cały czas myślał, jak dostać tę Mięsową. To dopiero pierwsza tura. Jeszcze wszystko być może. „Jednak trzeba je wybierać przebojem” — pomyślał. Poprzednim razem Insan musiał być chyba bardziej wyspany i pewniejszy siebie.

W końcu zakleszczyli się w patowej pozycji. Ona była z tyłu, on był z przodu. Zdołał w trakcie tury ściągnąć tylko swoją koszulę. Bezsensownie bujali się w przód i w tył, ponieważ spoziomowanie któregokolwiek z nich było w tej pozycji nielegalne a przykucnięcie groziło matem. Zaczął czuć, z każdym wychyleniem coraz mocniej, bolesne ukłuwanie na kości ogonowej. Coś wrzynało mu się w skórę. Oderwał jedną rękę, by sprawdzić, co to. Koszyk wiklinowy, głupia zabawka. Koszyk można było jej ściągnąć w jednej z dalszych tur, choć reguły dotyczące koszyka były bardzo skomplikowane a cała operacja czasochłonna.

Jeśli nic nie zrobi, sytuacja się nie poprawi. Z drugiej strony, cóż mógł w tej sytuacji zrobić! Teoretycznie, można i całe zajęcia się przebujać. Najbardziej racjonalnie było odpuścić i spisać turę na straty.

Lecz nie. „Zasrany koszyk! Jak gdyby mógł być dla mnie jakąkolwiek barierą!” — pomyślał wściekle Insan. Zaczął pchać tam ręce. Wreszcie chciał mieć coś z tej głupiej dziewuchy. Wiedział, że to kretynizm; to nielegalne w pierwszej turze; nie ma to nawet sensu w pierwszej turze i Insan o tym wiedział; dziewczyna to oprotestuje; to ewidentnie stała bywalczyni, wszystko ma obcykane, wie, że to nielegalne…

Puszcza go. Rękoma wstrzymuje jego ręce. „Nie, nie, nie — mówi zniecierpliwiona. — Dopiero pierwsza tura!” Myśli, że on nie zna zasad. Zapał go opuszcza. To ten głupi moment, kiedy zrobiło się coś głupiego, a pierwotny impuls, który kazał to zrobić, gaśnie. To koniec.

A jednak nie zawołała sędzi. Insan zdobył się nawet na odrobinę uznania dla dziewuchy. Dohuśtali się do końca tury. Zabrzmiał upragniony gwizdek.

Wszyscy oprócz jednej pary szczęśliwców rozeszli się. Jakiś brodaty chłopak o wyglądzie sułtana tureckiego wziął do ręki wodę. Trzy dziewczyny w kącie sali trajkotały o czymś bez związku. Mięsowa była pośród nich.

Wreszcie zabierze się za Mięsową. Mięsowa miała przeciętną, nieforemną twarz, kontrastującą z resztą jej aparycji. No trudno, ale taka gra przynajmniej ma sens.

Insanowi serce stanęło w gardle. Tuż przed końcem przerwy weszła jakaś pani od małych dzieci. Najwyraźniej zapomniano zamknąć drzwi. Chyba nie znały się z Panią Prowadzącą. Wypytywała o szafki albo klasówki. Przecież dopiero pierwsza przerwa, wszyscy prawie ubrani, nie ma powodów do niepokoju. Siedzieli na bombie.

Rozmawia, rozmawia. Jakieś niedomówienie… wyjaśnione. Uzyskuje ten spokój ducha, wszystko w porządku, jak przez ostatnie pięćdziesiąt lat. Odwraca głowę od Pani Prowadzącej. Teraz dopiero zauważa resztę sali.

Coś ewidentnie ich wydało. Coś wisiało w powietrzu.

Na jej twarzy pojawia się przebłysk zrozumienia… Osłupiała, coś tam stęka. Pani prowadząca żegna ją i zaczyna wypychać, tak jak przedtem Insan wypchnął siostrę w bańce mydlanej.

Byle dostać Mięsową.

Druga tura…

// obraz: Amadeo de Souza-Cardoso, Sin título, 1914

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s