𝟭𝟰𝗮 Aby wszystko było po coś. Analiza i recenzja powieści „Nakarm mnie” Julity Strzebeckiej, cz. 1/3

Pierwsza i najważniejsza zasada — nie nudzić. Druga ważna — wszystko musi być po coś.
(J. Strzebecka, [1])

Temat adipofilii zadomowił się na dobre w polskiej kulturze masowej. Nie tłumaczymy już amerykańskich filmów dokumentalnych[i] — sami jeździmy do Ameryki po materiały[ii]; wprowadzamy adipofilskie wątki do seriali[iii] a także do książek[iv]. W marcu 2017 wydana została zaś powieść w całości poświęcona tematowi adipofilii, co mimo wszystko jest pewnym novum. Postanowiłem ją przeczytać i zrecenzować.


Wyjątkowo w dzisiejszej notce temat muzyki poważnej będzie obecny w dwójnasób: raz jako moja propozycja utworu do posłuchania, drugi raz jako propozycja Julity Strzebeckiej zawarta w jej powieści. Choć oficjalnie proponowane przez nią utwory zaliczane są do muzyki poważnej, są to jednak „hity”, to znaczy dzieła znane, ale nie zawsze wartościowe. Hity mają to do siebie, że przyciągają uwagę jakimś super-atrakcyjnym szczegółem, na przykład prostą i łatwo przyswajalną melodią, jednak słuchanie ich nie jest rozwijające. Proponuję zatem, jak zwykle, dzieło rozwijające, bo dające okazję do zastanowienia się i do poćwiczenia szarych komórek odpowiedzialnych za przetwarzanie sygnałów dźwiękowych, jakie do nas trafiają.

Na dziś wybrałem cykl tańców napisany przez dwudziestowiecznego kompozytora węgierskiego Bélę Bartóka (1881–1945). Béla Bartók jest ikoną muzyki opartej na folklorze. Legenda głosi, że zdecydował się poświęcić swoje życie etnograficznym ekskursjom prowadzonym wraz z muzykiem-naukowcem Zoltánem Kodályem, kiedy to w młodości dowiedział się, że rapsodie węgierskie najsławniejszego węgierskiego kompozytora Franciszka Liszta wcale nie są takie węgierskie: nie mają nic wspólnego z węgierskim folklorem — no, może poza agogiką, czyli tempem: rapsodie te są bowiem zbudowane z części wolnej (lassan) i szybkiej (friska), podobnie jak czardasz — narodowy taniec węgierski.

Bartók stworzył indywidualny język muzyczny oparty z jednej strony na uprzywilejowaniu dysonansów w rodzaju trytonu czy septymy wielkiej, z drugiej zaś na „komórkowym” sposobie korzystania z tworzywa muzycznego, jakim są używane przez niego skale. Te skale, czasem nieznane wcześniej, a czasem na tyle egzotyczne, że nawet niedomykające się w oktawie, dzielone są na „komórki”, w obrębie których porusza się linia melodyczna; każdy motyw przynależy do innej tego rodzaju komórki.

Ponadto dokonała się u Bartóka, podobnie jak u innych witalistów, np. Strawińskiego, pełna emancypacja rytmu, który zaczął pełnić rolę formotwórczą, co w uproszczeniu oznacza, że motywy rytmiczne w równym lub nawet większym niż motywy melodyczne stopniu zaczęły ustalać podział danej formy muzycznej na odcinki.

Wszystkie te cechy obecne są w proponowanym do wysłuchania cyklu „Sześciu tańców w rytmach bułgarskich” nr 148–153 z VI zeszytu „Mikrokosmosu”. Należy też koniecznie zwrócić uwagę na zupełnie nietypowe metra tych tańców, tzw. metra aksakowe. Powstają one przez połączenie kilku różnych taktów prostych i właśnie jako takie połączenie są notowane w nutach. Na przykład pierwszy taniec jest w metrum \begin{matrix}2\\ 8\end{matrix}+\begin{matrix}2\\ 8\end{matrix}+\begin{matrix}2\\ 8\end{matrix}+\begin{matrix}3\\ 8\end{matrix} .

Nagranie też jest ciekawe: to prawdziwy biały kruk, ponieważ jest to jedno z nielicznych nagrań samego Bartóka, nieoceniona skarbnica wiedzy dla muzyka. Dla mnie zaś te i inne utworki Bartóka mają dodatkowo ogromne znaczenie sentymentalne, w młodości bowiem pogrywałem je sobie całymi dniami; można powiedzieć, że wręcz wychowałem się na nich. Voilà: https://youtu.be/Cj306a_qTPk


Wróćmy do głównego wątku. Wspomniana w otwierającym akapicie powieść to „Nakarm mnie”, debiut literacki Julity Strzebeckiej. Wydana w marcu 2017 roku nakładem wydawnictwa Replika, liczy sobie 331 stron tekstu. Książkę kupiłem i przeczytałem po raz pierwszy w sierpniu w roku wydania, z zamiarem powrócenia do niej jak najszybciej. Tak się jednak złożyło, że w międzyczasie wpadło mi w ręce kilka innych książek; jedną z nich byli „Buddenbrookowie” Thomasa Manna, potem świetnie napisany reportaż Johna Pomfreta o ostatnim półwieczu w Chinach, zatytułowany „Lekcje chińskiego”, obecnie zaś czytam „Pianistkę” Elfriede Jelinek. Nie mam zamiaru porównywać książki Strzebeckiej do żadnej z tych książek, niemniej wspominam o nich, bo być może z tego powodu patrzę na nią zbyt surowym okiem. Spróbuję zatem wyłowić jak najwięcej faktów, które uzasadnią moją ocenę.

Najpierw streszczę fabułę i opiszę w skrócie bohaterów. W części analitycznej przedstawię i ocenię portret feederów i feedees nakreślony w książce. Tu właściwie recenzja mogłaby się kończyć (i na tym kończy się pierwsza jej część), ale żeby móc właściwie ocenić książkę jako całość, pozwolę sobie opisać też moje spostrzeżenia dotyczące warsztatu pisarskiego Julity Strzebeckiej oraz kilka ciekawostek. Na koniec podsumuję całą analizę.

Przy okazji zachęcam do kupienia książki pani Strzebeckiej, bo uważam, że nikt nie powinien sobie odbierać możliwości zaznajomienia się z nią bezpośrednio. Z tym wiąże się oczywiste ostrzeżenie: z tej recenzji Czytelnik dowie się szczegółów fabuły, lepiej więc niech jej nie czyta, jeśli nie chce sobie psuć przyjemności samodzielnego odkrywania treści książki!

Numery w nawiasach okrągłych to numery stron w powieści uzasadniające dane stwierdzenie. (O prawie do cytowania recenzowanego utworu — mam nadzieję — nie muszę wspominać, więc nie będę tego robił.)

Skrót fabuły

Powieść, jako się rzekło, jest o otyłości oraz o feederach, zdefiniowanych następująco: „specyficzn[a] grup[a] społeczn[a] zwan[a] feedersami (wypasaczami, tuczycielami, dokarmiaczami). Traktują oni kobiety jak przedmioty — nośniki fetyszu, jakim jest tłuszcz. Manipulują nimi, czynią z nich kaleki, a wszystko po to, żeby zaspokoić własne wypaczone potrzeby” (okładka). Jedźmy dalej.

Główną bohaterką jest Joanna Wysocka, trzydziestoparolatka, nadziana biurwa zamożna dyrektor finansowa dużej warszawskiej firmy. Kiedyś była szczupła, miała męża Leona, lecz rozstała się z nim, zaczęła się objadać i teraz jest otyła. Ma z tego powodu kłopoty zdrowotne, jedzie do kliniki leczenia otyłości w pewnej wsi w lubuskiem, a tam trafia pod kuratelę lekarza bariatry Wiktora (nazwisko nieznane).

Zwrot akcji: Wiktor jest tuczycielem. On również pracował wcześniej w stolicy, ale pracę stracił po tym, jak wyszło na jaw, że zachęcał jedną z pacjentek do tycia (91). Razem z dwójką kolegów-tuczycieli i ich tuczonymi kobietami Wiktor kupuje dom koło lubuskiej kliniki; tam koledzy zamykają swoje „tuczniki” w piwnicy i tuczą je w najlepsze — zgodnie z ich wolą!… Joanna daje się nabrać na czułe słówka okropnego tuczyciela Wiktora, zakochuje się w nim, trafia do jego domu i staje się ptakiem w złotej klatce, całkowicie zależnym od opiekuna. Jednak dzielna Joanna jest inna niż pozostałe tuczone kobiety, bo kiedyś była szczupła i wie, jakie to wspaniałe, a zatem nie daje się sprowadzić do piwnicy, buntuje się i niechcący rozbija Wiktorowi głowę. Ucieka do jedynego sanktuarium w pobliżu: do znienawidzonej kliniki, której personel — wespół ze służbami — natychmiast rozpoczyna akcję ratunkową pozostających w domu kobiet. (Przyjaciele Wiktora zostają przez Autorkę usunięci z powieści trochę wcześniej.)

Odmieniona tym doświadczeniem Joanna nawraca się na odchudzanie. Książka kończy się stwierdzeniem, że kiedyś uda się jej odzyskać eks-małżonka Leona oraz zaadoptować pewne afrykańskie dziecko, które dotąd utrzymywała na odległość.

Rysy bohaterów

Joanna

O Joannie wiemy, że ma trzydzieści pięć lat i jest otyła (7). Zaczęła tyć, bo się rozwiodła i ciężko to przeżyła (104). Choć jej ciało wzbudza w niej niesmak (192), lubi o nie dbać — maluje się, farbuje włosy i wykonuje szereg innych podobnych zabiegów (7). Nie lubi romantycznych filmów (261), za to lubi słuchać muzyki klasycznej, o czym będzie osobny rozdział w recenzji. Zna biegle język włoski (124). Nie pochodzi z Warszawy, jednak mieszka tam i pracuje (9). Jej przełożony twierdzi, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat nie miał lepszego od niej pracownika (78), ale jeśli oceniać po opisach z książki, to Joanna w pracy za wiele nie robi ani zbytnio się do niej nie przygotowuje.

Postać Joanny jest bardzo ciekawa i bogata w szczegóły. W powieści funkcjonują właściwie dwie Joanny: pierwsza — arogancka i zadziorna, druga — potulna i zalękniona. Przy tym obydwa te portrety są odmalowane bardzo przekonująco. Przemiana jednej w drugą związana jest z kliniką odchudzania i osobą Wiktora.

Joanna Numer Jeden jest arogancka (162) i zawsze chce być w centrum uwagi (193). Jest zazdrosna o cudzą urodę (198). Ma świadomość swej wysokiej pozycji materialnej i uważa, że pieniądze są w stanie rozwiązać każdy problem (6, 99); wydaje je lekką ręką, otacza się luksusami. Być może dla zaimponowania otoczeniu a być może z rozrzutności daje duże napiwki (137). Odpłatnie powierza sąsiadce wykonywanie różnych drobnych czynności, takich jak pomoc w ubieraniu się i sprzątanie u niej w domu, bowiem sama o czystość nie dba (7).

Joanny nie interesuje nic poza celem, jaki ma wytyczony w danym momencie — „jeździła zawsze od punktu A do punktu B, a skłonić ją do przerwania podróży mógł tylko głód” (134). W tym jest podobna do Wiktora (121), choć nie sądzę, by było to podobieństwo zamierzone.

Aby dostać to, czego chce, ucieka się do robienia awantur. W przychodni robi awanturę z powodu kolejki do lekarza (99). W klinice robi awanturę, by móc pójść do fryzjera (196) — samowolne opuszczanie kliniki jest bowiem zabronione.

Cechy jej charakteru uwidaczniają się najpełniej w tym, jak traktuje podwładnych. Z byle powodu grozi im wyrzuceniem z pracy (15), a zwalnianie ich sprawia jej satysfakcję (123). Zleca im dodatkowe prace, za które nie dziękuje (47). Czasami ignoruje ich, traktując ich jak powietrze (41) — innym razem krytykuje nawet kawę zaparzoną dla niej w ekspresie (42). Dlatego też cenią ją tylko przełożeni: podwładni nie (40), do czego zdążyła się zresztą przyzwyczaić (199).

Osoby niemające nad nią władzy traktuje niewiele lepiej. Lubi zarządzać ludźmi; postanawia sobie na przykład, że jeśli ekspedientka w sklepie będzie dla niej niemiła, to swym zachowaniem zmusi ją do zostania w pracy po godzinach (70). Lubi też ludzi upokarzać — w szczególności sprzątaczki. Aby mieć co zarzucić firmie sprzątającej, zostawia śmieci w windzie w swoim bloku (72). Próbuje manipulować innymi — oferuje lekarzowi łapówkę w zamian za skierowanie na operację zmniejszenia żołądka, które jej się nie należy (103). Chce zniszczyć ludzi mających własne zdanie (103).

Problem swojej otyłości Joanna stara się ignorować tak długo, jak tylko się da — boi się nawet zrobić badania lekarskie (53). Trudno ją przekonać do poddania się kuracji odchudzającej, jednak ostatecznie udaje się to lekarzowi kierującemu ją do kliniki, w której potem spotyka Wiktora — o dziwo wystarcza wymienienie paru chorób związanych z otyłością (79). Joanna boi się śmierci spowodowanej tymi chorobami (99). Do odchudzania się Joanna ma stosunek ambiwalentny — wie, że musi się odchudzać, ale nie chce się przy tym wysilać (105, 108); chce się odchudzić „na własnych warunkach” (80).

Arogancja i roszczeniowy styl bycia Joanny to tylko fasada, która przesłania brak pewności siebie. Joanna ma niestety na tyle słaby charakter, że nie potrafi znieść surowej dyscypliny panującej w klinice odchudzania (182). Załamuje się, a Wiktor wykorzystuje tę chwilę słabości. Oferuje jej uwolnienie się od trudów życia w klinice w zamian za podporządkowanie się jego woli (237). Choć początkowo Joanna ma do Wiktora stosunek umiarkowanie wrogi — w klinice na basenie jego zalotne zachowanie wzbudza w niej irytację (222) a w nocy śnią jej się nawet koszmary związane z jego osobą (196) — ostatecznie ulega mu. Ten zabiera ją do siebie do domu (242). Ostatnim „znakiem życia” Joanny Numer Jeden jest okazywanie niezadowolenia z nowej fryzury (200–204).

Joanna Numer Dwa jest osobą okiełznaną przez swego „wybawcę” i początkowo obdarzającą go wdzięcznością. To, co jest w istocie tuczeniem jej przez Wiktora, odbiera jako jego troskę o nią (265). Jest gotowa dużo poświęcić dla Wiktora, gdyż to przy nim zaczęła wreszcie spełniać się na płaszczyźnie uczuciowej (269). Jednak z czasem, gdy ten nalega na ważenie i cieszy się z przybywających jej kilogramów, Joanna zaczyna się go bać (275, 283); ma świadomość, że „kiedyś to inni bali się jej, a teraz jest odwrotnie” (300).

Wiktor podoba się Joannie pod względem fizycznym; kiedy bierze prysznic, ta ogląda jego ciało „z wypiekami na policzkach”, „śliniąc się” (280). Joanna nie daje sobie rady ze swoim własnym podnieceniem na widok Wiktora, co wywołuje u niej strach (184). Kiedy Joanna odkrywa jego sekrety — na przykład to, że trzyma on w garażu ogromne zapasy pożywienia, a z piwnicy dochodzą głosy innych kobiet (298) — on, dowiedziawszy się o tym, zaczyna ją więzić w pokoju (301). Co zaskakujące, nawet wtedy jego ciało wywołuje w niej pozytywne myśli — Joanna gapi się na mięśnie jego pośladków i „zawartość jego slipów” (306).

Swoiste katharsis przeżywa dopiero później, kiedy upewnia się, że Wiktor okłamał ją twierdząc jakoby głosy innych kobiet dochodziły z telewizora, a piwnica była pusta. Szlochając, uświadamia sobie, jak bardzo się zaniedbała (310–311).

Ostatecznie jednak, mimo takich czy innych słabości, Joannie udaje się wykrzesać z siebie dostateczną energię do rozbicia Wiktorowi głowy i oswobodzenia się z jego szponów (314). Myśl o byłym mężu Leonie, o dziewczynce z Afryki, którą utrzymuje, oraz o feedees w piwnicy dodaje jej animuszu podczas ucieczki (323, 334).

Wiktor

Wiktor w powieści uosabia zło. Kusi główną bohaterkę obietnicą bezproblemowego życia i wygód — przynajmniej dopóki stan jej zdrowia się nie pogorszy — jednak w zamian za to żąda całkowitego podporządkowania się.

Wiktor jest trzydziestopięciolatkiem (29), a więc rówieśnikiem Joanny. Ma 1,80 m wzrostu, śniadą cerę, piwne oczy, ciemnobrązowe włosy i marny zarost, który goli. Jego sylwetka jest „idealna” (w mniemaniu Autorki), tj. szczupła z wydatnymi pośladkami. Ponieważ lubi ją eksponować, przyciąga spojrzenia kobiet. Porusza się sprężyście i z gracją (24). Nie jest przystojny, ale fascynuje kobiety swoim charakterem (23).

Wiktor prowadzi bardzo zdrowy tryb życia: nie jada po 22:00, pilnuje żeby nie przytyć, regularnie uprawia sport: pływa, gra w tenisa, ćwiczy na siłowni i biega (33).

Wiktor to typowy narcyz. Rozpiera go duma (117), dba tylko o siebie, trudno mu się zdobyć na komplement (24); nie umawia się z kobietami, które nic dla niego nie znaczą (121), choć wielu obcym kobietom się podoba (23–24, 56, 112–113, 157, 175, 222); żadnej z nich nie umie też pokochać, nawet swojej matki (31). Nie liczy się z potrzebami Joanny, potrafi skutecznie ostudzić jej zapał, kiedy nie chce z nią współżyć (280). Kiedy zaś tego chce, po dżentelmeńsku pyta się w kulminacyjnym momencie o jej zgodę (278) — to ostatnie może wynikać nie tyle z cech charakteru bohatera, ile z ducha obecnych czasów, w których to czasach Julita Strzebecka pisała swą powieść.

Wiktor jest dobrym fachowcem (24). Być może to dlatego, że jest uparty (24) i pedantyczny. Jego pedantyzm objawia się przykładaniem nadmiernej wagi do czystości w mieszkaniu (25). Zawsze zdąża do obranego celu; kiedy więc dokądś jedzie, nie interesują go widoki napotykane po drodze (121) — podobieństwo do Joanny (134).

Wiktor ma ściśle określony gust: nie lubi jasnych pomieszczeń, całe jego mieszkanie w Warszawie utrzymane jest w odcieniach brązu i beżu (22–23). W domu w Kurowie posiada gobelin przedstawiający olbrzymkę, zatem nie kryje się ze swoimi upodobaniami (151). Jada zdrowo, uprawia sport, o czym wspomnę przy okazji omawiania sylwetki feedera w powieści. Codziennie rozgrywa „partyjkę bilardu” ze znajomymi (253). Ponieważ jest kawalerem, ogląda filmiki porno masturbując się (27), zaś wieczory spędza na forach internetowych (32) — dopóki rzecz jasna nie napotyka na swej drodze życiowej Joanny.

Wiktor upatruje ją sobie na feedee. Spotykał się już co prawda z kilkoma kobietami — byłymi pacjentkami, które zniechęcił do odchudzania się (64) — jednak Joanna jest dla niego szczególnie interesująca, bo ma rude włosy — ot, taki to „fetysz towarzyszący” Autorka umyśliła dać postaci Wiktora. Na listy miłosne, które dostaje od odchudzonych pacjentek, nie odpowiada (23).

Jest podporządkowany fetyszowi — liczą się dla niego tylko „tłuste fałdy i czerwone włosy” a nie uroda (25), gdyż „nauczył się oddzielać atrakcyjny wygląd ekstremalnie otłuszczonych ciał od ich mało interesujących właścicielek” (31). Do ekstazy doprowadza go także całkowite uzależnienie od siebie feedee (31).

Osacza Joannę w klinice (180–185, 194–195, 215, 216, 235–237). Wielką przyjemność odczuwa, gdy może ją bezkarnie pomacać (179, 220). Zarówno w klinice jak i później w domu manipuluje nią w następujący sposób. Z jednej strony świadomie utrzymuje ją w stanie permanentnego stresu, aby była bardziej głodna (246, 281), z drugiej — podsuwa łakocie i bez skrupułów wykorzystuje jej różne słabości (258, 260). Komplementami kierowanymi pod jej adresem przebija eks-małżonka Leona (251).

Mężczyzna jest bezwzględny — kiedy Joanna daje się pokonać grypie żołądkowej i chudnie, traci całkowicie jego zainteresowanie; nie zagląda on nawet do jej pokoju, w odróżnieniu od innych feederów: Albina i Darka (287). Uważa on Joannę za winną, mimo że choroba jest zdarzeniem losowym (286).

Postać Wiktora, mimo że pierwszoplanowa, nie jest tak bogata w szczegóły i równie wiarygodna jak postać Joanny. To postać zaprogramowana i od początku do końca działająca według tego programu; nie dręczą jej wyrzuty sumienia, nie doświadcza ona żadnych dylematów moralnych.

Leon

Leon jest przeciwieństwem Wiktora. O ile Wiktor mówi rzeczy przyjemne, które są jednak nieprawdziwe i prowadzą Joannę do zguby, o tyle Leon pragnie dla Joanny dobra i zawsze mówi gorzką prawdę, w którą ta nie chce niestety uwierzyć.

Bohater ten nigdy nie pojawia się w miejscu akcji, a przemawia jedynie podczas rozmów telefonicznych z Joanną bądź w jej rozmyślaniach. Jego osobowość jest do bólu sztampowa, brakuje jej głębi. Jest on swego rodzaju „dobrym duszkiem”, tryskającym, niewyczerpalnym źródełkiem dobroci — a przez to czytelnik nie traktuje go jak postaci, która mogłaby zaistnieć w świecie realnym.

Leon jest niewysoki, ma najwyżej 1,70 m wzrostu, szerokie ramiona, solidne bicepsy (216) i łagodne zielone oczy. Ciemne włosy ma spięte w kitkę (51). Używa drogich perfum, których zapach utkwił Joannie w pamięci (45). Leon z zawodu jest muzykiem perkusistą, gra w klubach i prowadzi zajęcia w domu kultury; dobrze mu się powodzi; kocha swój zawód (107). (Zdaje się, że był wzorowany na Wrou.) Leon to sama dobroć: towarzyski, otwarty, skłonny nieść pomoc (107), pracowity, godzinami ćwiczący na perkusji (217). Cud, miód, malina i orzeszki. (Wykapany Wrou.)

Lata z Leonem były najszczęśliwsze w życiu Joanny (228); spędzali wspólnie czas m.in. na basenie (214). Wszelako skoro Leon jest byłym mężem, to musi istnieć przyczyna tego stanu rzeczy… Otóż kiedy Leon był w trasie koncertowej, Joannę doszły słuchy, że „z wielkim zapałem zdradzał żonę po każdym koncercie”! [wyróżnienie moje] (199) Potem nastąpił rozwód. Pamiętajcie zatem dziewczęta — jeśli macie cudownego męża, a nagle dojdą was słuchy, że zdradza was z wielkim zapałem po każdym koncercie — nie wierzcie im!

Jeśli chodzi o stosunek do Joanny, to — jak łatwo przewidzieć — Leon ją uwielbia (9). Jest on „jedyną osobą, która nadal częściowo” jest po jej stronie (107). Ma do niej słabość i chętnie by do niej wrócił (107). Zresztą u niej w spisie kontaktów w komórce figuruje jako „Syn marnotrawny” (12) — Joanna najwyraźniej przewiduje więc, że jeszcze do niej wróci. Leonowi zależy na byłej żonie, gdyż od roku namawia ją, żeby przeszła na dietę; poleca jej nawet restauracje ze zdrowym jedzeniem, robiąc to tak sugestywnie, że ta później pamięta ich nazwy (44). W przeciwieństwie do Wiktora, Leon chce ją przekonać do odchudzania się (108, 125). Joanna domaga się od niego akceptacji swoich złych wyborów oraz wypowiedzenia kilku słów uznania pod jej adresem, lecz on mówi jej tylko gorzką prawdę (107, 244).

Obydwoje utrzymują ze sobą kontakt — on dzwoni do niej (12), ona do niego (130).

Gdy Joanna źle się czuje, wzywa Leona w myślach (51). Były mąż śni jej się po nocach (126). Jest „najważniejszą osobą w jej życiu” (130), za którą wielokrotnie tęskni (168, 194, 228) i której powrotu pragnie (200). Cechy fizjonomii obcych ludzi, na przykład trenera w klinice, wywołują u niej wspomnienia Leona (216). Joanna pragnie też wspólnego z nim dziecka (200).

Do gry wkracza Wiktor — przebija Leona w komplementach (251), podoba się Joannie (306) i zastępuje jej eks-małżonka. Joanna przestaje za Leonem tęsknić (262). Kiedy jednak zrywa z Wiktorem, pragnie ponownie Leona (316). Leona uważa za swoją nagrodę za to, że skończyła z feederami i wkroczyła na słuszną ścieżkę odchudzania się (335).

Moja ocena postaci Leona jest następująca. Leon to typowy drugoplanowy bohater; jego portret psychologiczny jest najprostszym z możliwych, dzięki czemu nie przysłania on swoją osobą innych bohaterów. Niestety historia z Leonem jest tak przesłodzona, że aż mdli. Od początku wiadomo, że kiedyś z powrotem zejdą się z Joanną i będzie to znów cudowny i udany związek.

Zastanawia mnie tylko, przez co to małżeństwo się rozpadło, skoro było takie doskonałe. Jeśli rzeczywiście Joanna skłonna była uwierzyć w jakieś plotki o zdradach Leona (w dodatku „z wielkim zapałem” i to „po każdym koncercie”, bez wyjątku) — to znaczy to, że była zazdrosna. Czy to ułomność jej charakteru czy też miała ku temu jakieś powody? Dlaczego nie wyjaśniła tych plotek z mężem? W związku dwojga dorosłych ludzi, który rozpada się w taki sposób, coś musi źle funkcjonować już wcześniej, nie może to być związek doskonały; to coś winna była Strzebecka wydobyć na światło dzienne i opisać. Napisała wprawdzie, że tuż przed rozwodem Leon wyjechał w trasę, a Joanna została w domu, żeby zarabiać pieniądze, ale jest to wytłumaczenie zdecydowanie zbyt lakoniczne i nieprzekonujące.

Ponadto, czemu państwo Wysoccy tak łatwo zdecydowali się na rozwód, skoro byli dla siebie najważniejszymi osobami w życiu? Owszem, Leon umie mówić gorzką prawdę i nie głaszcze Joanny po główce — ale związek nie mógł się rozpaść przez to, bo kiedy jeszcze trwał, Joanna była szczupła, czyli problem odchudzania się i „gorzkich prawd” Leona nie istniał!

Jak widać, wątek Leona kryje w sobie wiele niedociągnięć.

Postacie drugoplanowe i epizodyczne

W powieści występują trzej feederzy: Wiktor oraz jego kumple Albin i Darek. Wiktor usiłuje zdobyć Joannę, Albin za partnerkę ma Malwinę, Darek zaś — Patrycję. Zupełnie „przypadkowo” Patrycja jest również siostrą Leona, czyli byłego męża Joanny.

Albin i Darek

Albin jest rówieśnikiem Wiktora — ma 35 lat (29); jest bardzo wysokim blondynem. Albin jest informatykiem, mówi płynnie w siedmiu językach, zna kilka języków programowania, unika kłótni i dochowuje tajemnicy (29). Co wydało się Autorce ważne, Albin poznał się z Wiktorem, gdy stali razem w jakiejś wyjątkowo pamiętnej kolejce po oscypki z żurawiną parę lat temu. Oscypki z żurawiną musiały stanowić pożywkę dla ich znajomości przez trzy lata (!), bo dopiero po takim czasie Albin ujawnił swą ciemną, feederską naturę (29, 32). Jest „typowym feederem — dokarmiaczem” (28). Tuczy kolejne kobiety do wagi 180 kg a potem porzuca. Co ciekawe, na stole w jego mieszkaniu Wiktor znajduje „czasopismo dla odchudzających się pań” (62).

Darek ma 45 lat, prowadzi sklep internetowy, który zatrudnia kilkunastu pracowników i przynosi mu spore dochody (87). Jest to „niski, lecz umięśniony blondyn. Wyglądał na nerwusa niepotrafiącego usiedzieć przez pięć minut” (86). Mimo wszystko, to on jest tym bardziej uporządkowanym, zaś Albin jest flejtuchem (254).

Patrycja i Malwina

Wątek Patrycji rozpoczyna się od jej zaginięcia (13, 47–48). Patrycja ma 25 lat i waży 230 kg (93–94). Ma grube, kasztanowe włosy przefarbowane na blond (317).

Malwina ma 33–34 lata. Waży ponad 160 kg w chwili, kiedy ją poznajemy. Jest blondynką o prostych włosach sięgających do połowy pleców, niebieskich oczach i śniadej cerze (57–58). Jest sprawniejsza fizycznie od Patrycji (143), co dość oczywiste. Jest przedstawiona jako maszynka do jedzenia (67), która je wszystko łapczywie i nigdy nie ma dosyć.

Obydwie panie są dziecinne w sposobie zachowania i jak dzieci dają sobą manipulować; nie protestują przeciwko odbieraniu im ich wolności oraz zdrowia, gdyż satysfakcjonuje je czułość okazywana im przez ich feederów (116–117). Jedyne o czym mówią to dawane im jedzenie. Uważają karmienie za wyraz troski o nie (58, 144). Panie trzymają sztamę ze sobą (117, 145).

Patrycja nie śmie się przeciwstawić Darkowi, wykonuje wszystkie jego polecenia (115, 144). Podczas przeprowadzki do domu Wiktora, w którym wspólnie wszyscy zamieszkują, jest spokojna (116); również do piwnicy — swojego więzienia — schodzi z pełnym spokojem (118). Kocha Darka (144) i ma nadzieję, że kiedy przytyje do 350 kg, ten weźmie z nią ślub (144–145).

Malwina różni się od Patrycji tym, że usiłuje stawiać opór feederom, choć w końcu również im ulega. Na przykład grymasi przy przeprowadzce (115), chce wyjść z samochodu i sama oglądać dom Wiktora, w piwnicy którego ma zamieszkać (116). Nie chce także do piwnicy zejść — trzeba ją ściągać na dół siłą (118–119). Malwinę kupują jednak czułe słówka i pocałunki wypasacza (116) oraz przynoszone przez niego jedzenie (144). Mimo wszystko Malwina nie może żyć bez swojego feedera (109). Związek z Albinem przypłaca relacją ze swym ojcem, który nie odzywa się do niej od pięciu lat, tj. od dnia, w którym zdecydowała, że będzie żyć z Albinem (88). Należy zakładać, że jej matka przyjęła tę samą strategię — wiadomo, że żyła przez te pięć lat, bo umiera w trakcie trwania akcji powieści.

Stosunek Malwiny i Patrycji do Wiktora podlega zmianom w czasie. Obie kobiety widzą Wiktora po raz pierwszy, gdy przyjeżdżają do jego domu w Kurowie. To wtedy Wiktor siłą ściąga ze schodów Malwinę, nabijając jej siniaków (118–119). Naturalnie takim zachowaniem Wiktor nie przysparza sobie przyjaciółek, choć narrator nic o tym nie wspomina. Kilka miesięcy później Wiktor informuje Malwinę i Patrycję, że w domu są inne kobiety, podrzucone mu przez kolegę, a następnie daje im kilka dni na przetrawienie tej wiadomości. „Po tym zdarzeniu [Malwina i Patrycja] zaczęły szanować Wiktora jak własnych opiekunów. Cieszyły się, że wreszcie kogoś ma, i gorąco kibicowały obu koleżankom” (172). Nie mam pojęcia, dlaczego podrzucenie Wiktorowi jakichś kobiet miałoby wzbudzić szacunek do jego osoby u Malwiny i Patrycji. Dalej widzimy, że Wiktor podoba się obydwu kobietom, pokazując im się w stroju wieczorowym; one w dodatku go kokietują (174). Ni stąd ni zowąd podczas rozmowy Joanny z Wiktorem dowiadujemy się, że ani Patrycja ani Malwina nie lubią Wiktora (313). Trudno powiedzieć, czy Strzebecka zapomniała o epizodzie ze środka książki, kiedy pisała zakończenie, czy też zapomniała zmienić zakończenie, kiedy wymyślała epizod środkowy. Fakt jest taki, że historia w obecnym kształcie się nie klei.

Podrzucone feedees

Przy opisywaniu postaci dalszoplanowych warto wspomnieć o Adze i Ani. Są to feedees wypasane przez Szymona, tajemniczego przyjaciela Wiktora, o którym ten właściwie nic nie wie. Historia zaczyna się na stronie 149; wzmiankowana jest jeszcze na stronie 170, 249 i w scenie końcowej. Szymon po prostu przyjeżdża do Wiktora do domu, anonsując się przez telefon w momencie, gdy już stoi pod drzwiami, a następnie prosi, by przenocować jego, jego kumpla oraz jakieś dwie kobiety, których nie określa żadnym mianem. Rano, jeszcze zanim Wiktor się obudzi, Szymon z kumplem opuszczają dom, zostawiwszy karteczkę z wiadomością, że za dwa tygodnie wrócą. Normalka. Ania i Aga nie martwią się zupełnie niczym, zadomawiają się, nie przejmują się, że nikt się po nie nie zgłasza, rywalizują o względy Wiktora, jedna drugą stara się prześcignąć w tyciu (172). Ogólnie rzecz ujmując, robią wrażenie upośledzonych umysłowo w stopniu znacznym, bo tylko takie osoby mogą w ten sposób postępować i rozumować. Mimo, że ich wątek jest kontynuowany, tak jak gdyby miał jakieś znaczenie, nie mam zielonego pojęcia, po co został wprowadzony do powieści.

Ratownicy

Tuczone w piwnicy panie zostają pod koniec książki uratowane (327–329). Ich wybawcami okazują się być dwaj rośli pielęgniarze, którzy akurat mają dyżur w klinice otyłości, do której fatyguje się tego dnia Joanna. O dziwo, postacie pielęgniarzy są obdarzone całkiem ciekawym życiorysem. (A może to po prostu ja nie znam realiów, w jakich funkcjonują kliniki leczenia otyłości w Polsce?) Otóż panowie kilkanaście lat wcześniej służyli ni mniej ni więcej tylko w jednostce komandosów. „Niewiele rzeczy było w stanie wywołać w nich obrzydzenie”, a jednak widok otyłych kobiet, wyglądających „jak pofałdowane potwory z mrocznego koszmaru” (327), powoduje, że obaj zarzygują sobie buty. Następnie jedna z podrzuconych wcześniej pań… rzuca w jednego z nich swoim gównem (328). „Akcja taka, że ciary…” — by przytoczyć słowa wypowiedziane przez scenarzystę podczas kręcenia wyjątkowo głupiego odcinka serialu sensacyjnego, w którym kiedyś zgodziłem się zagrać.

Jeśli chodzi o moją ocenę wątków pobocznych w powieści, oceniam je negatywnie. Są stanowczo zbyt ubogie i niedopracowane; zawierają wiele błędów i niekonsekwencji, o czym będzie jeszcze mowa w osobnym rozdziale recenzji.

Portret feederów i feedees

Sylwetka feedera przedstawiona w książce jest całkowicie oparta na brytyjskim filmie dokumentalnym „Fat Girls and Feeders” (A. Cook, R. Davis, 2002/2003) oraz na australijskim filmie fabularnym „Feed” (reż. B. Leonard, 2005), który bazuje na tym poprzednim, przy czym niektóre z idei pokazanych w tych źródłach Autorka przejaskrawia, czyniąc feederów osobami diabolicznymi a feedees — infantylnymi ponad wszelką rozsądną miarę.

Portret feedera

Kim jest feeder? To mężczyzna interesujący się kobietami, które ważą przynajmniej 120 kg i mają predyspozycje do przekroczenia 300 kg (25). Dlaczego właśnie takimi? „O co tak naprawdę chodziło”? (28) Niestety, o co tak naprawdę chodziło Autorce, nie wiadomo — głębszą analizę passusu ze strony 28, na której umieściła ona owo intrygujące pytanie, przeprowadziłem w rozdziale dotyczącym błędów warsztatowych.

Kontrola

Jedna z możliwych interpretacji jest następująca: tak naprawdę feedera podnieca to, że może podporządkować sobie otyłe kobiety i kontrolować ich życie (82, 89, 250, 260). Na przykład może sobie uwięzić kilka z nich w piwnicy i całkowicie uzależnić je od siebie, jak to się dzieje w książce. Z uzależnioną od siebie kobietą może zrobić co tylko zechce! Na przykład może nakazać jej „robić kupę do reklamówki”, a przy tym „ewidentnie stękać” (35), mimo że mogłaby ona pójść o własnych siłach do toalety. Marzenie życia.

Wygląd

Inna interpretacja jest taka, że feederowi jednak podoba się otłuszczone ciało, aczkolwiek uroda kobiety jest dlań nieważna (25, 30, 154) — ale wytłumaczenia tego fenomenu próżno szukać w powieści. Feeder skupia się na wszystkim oprócz twarzy (35). Zachwycają go: zwisające fałdy tłuszczu (25, 31, 35, 68, 85, 94, 177, 300), miękkość ciała (148), sflaczałe biusty sięgające pępka, cellulit, rozstępy (35) a nawet — uwaga — zrogowaciała skóra (35, 84), odleżyny (84) i smród potu (114, 118, 149, 257).

O tym zamiłowaniu do potu Strzebecka wspomina w tak wielu miejscach, jak gdyby była przeświadczona, że wreszcie trafiła w sedno tego całego tłustego procederu; pisze na przykład, że Wiktor najchętniej zdjąłby z kobiety przepocony podkoszulek, zwilżył nim twarz, wycisnął pot i go wypił!… (149) Na myśl przychodzi mi tu pewna scena z komedii Juliusza Machulskiego pt. „Seksmisja”, w której główny bohater Maks mówi do kobiet żyjących od pół wieku w podziemnym świecie pozbawionym mężczyzn: „Już wiem! Sfiksowałyście, boście chłopa dawno nie miały!” — zaś jedna z bohaterek, Lamia, pyta przełożoną, co to znaczy „mieć chłopa”, i otrzymuje od niej w odpowiedzi: „Najprawdopodobniej chodzi o męską służbę domową, bardzo rozpowszechnioną w dwudziestym wieku”. Jedźmy dalej.

Co ich podnieca

Feederowi największą radość sprawia karmienie wybranki; na drugim miejscu plasuje się „miętoszenie fałd” (253) i bezkarne przejeżdżanie po nich ręką (179, 220), choć nie da się tej przyjemności zrównać z karmieniem (146–147). Seks zdaje się być dość nisko na tej drabince; zamiast niego feeder woli feedee umyć i poznać jej fałdy (253). Feeder uwielbia także czuć ból spowodowany rozgniataniem jego członków przez ogromne ciało feedee (29, 63, 313). Skoro podoba mu się i ból i uczucie przygniecenia, to może także lubi być podduszany łokciami i stopami? — zdaje się zastanawiać Autorka, umieszcza bowiem sugerujące to sceny w powieści (152). Oprócz tego feeder lubi ukrywać się przed światem między udami feedee (257). Odgłos burczenia w brzuchu uważa on za najpiękniejszy na świecie zaraz po bekaniu (247).

Wiktor

Wiktor wyróżnia się na tle innych postaci feederów obecnością dodatkowych podniet oraz szczegółów z życia związanych z feederyzmem. Wiktor nabawił się fetyszu w dzieciństwie, kiedy to musiał się opiekować chorą matką, którą karmił (30). Nie jest wyjaśnione, dlaczego zaczął reagować na wizję karmienia pobudzeniem seksualnym, tak jak gdyby było oczywiste, że wszystko, czego doświadczamy w dzieciństwie automatycznie staje się późniejszym bodźcem seksualnym.

Wiktora podniecają dodatkowo czerwone włosy (25, 30, 31, 61, 82, 177, 186) i brązowe oczy (82, 186), co w założeniu miało chyba czynić go jeszcze większym perwersem od reszty. W jednym miejscu książki podoba mu się, że Malwina cierpi katusze z przejedzenia (60), ale już w drugim miejscu nie zwraca uwagi na jęczącą z przejedzenia kobietę na filmie (27).

Uprzedmiotowienie feedee

Wielokrotnie w książce podkreślane jest, że dla feedera wypasana kobieta jest tylko przedmiotem i interesuje go tylko jej ciało (27, 63, 177, 221, 231, 260, 276). Przybieranie na wadze to dla feedera niekończąca się „gra” (145). Istnienie feedee ma tylko dwa cele: tycie i dostarczanie feederowi pieniędzy, jeśli akurat jej zdjęcia są sprzedawane w Internecie (37, 142).

Feeder mydli tuczonej kobiecie oczy, stwarzając pozory troskliwości (58, 60); jest wyrachowany i usypia jej czujność (88). Kiedy jego feedee upada na tyłek, on zamiast ją łapać, odskakuje (119). W rzeczywistości troszczy się tylko o materialne sprawy i nie interesuje go ani zdrowie ani życie feedee (142). Porzuca ją z powodu nieżytu żołądka (84, 287), gdyż nie ma dla niego nic obrzydliwszego niż gubiąca kilogramy kobieta (84).

Nie chce się on emocjonalnie uzależnić od swojej feedee (86), a wręcz nie żywi do niej żadnych uczuć (260) — „rzeźnik nie wzdycha do mordowanej sztuki bydła” (85). Niestety nie może zamordować swojej sztuki — ba, nie może nawet utuczyć jej powyżej stu osiemdziesięciu kilogramów, bo otoczenie mogłoby zacząć coś podejrzewać. Wraz z osiągnięciem tej granicy, feedee jest więc bezwarunkowo porzucana na rzecz następnej (28, 61, 63). Dopiero kiedy feeder buduje własny dom w oddaleniu od cywilizacji i niejako uprowadza swoją feedee tak, że zaczyna jej szukać policja — może wreszcie pofolgować swoim tuczycielskim namiętnościom. W swoim domu buduje specjalnie poszerzone schody do wynoszenia z piwnicy ciał zatuczonych na śmierć feedees (331).

Poglądy i styl życia feederów

Feeder uważa, że ratuje feedee przed depresją i samotnością (142) — zatem ma się za dobrego człowieka. W innym fragmencie książki feeder ma jednak świadomość, że to co robi jest złe, ale zdaje sobie sprawę, że jeśli robi to za przyzwoleniem kobiety, to nie poniesie za to odpowiedzialności karnej (187).

Feeder prowadzi zdrowy tryb życia (121) i robi to w pełni świadomie — od czasu do czasu może wprawdzie ulec słabości do sorbetów owocowych i skusić się na jeden taki, z marakui (66), ale czekolada — co to, to nie! Gdy tylko poczuje jej woń, krzywi się (64) lub ze wstrętem odwraca głowę (65), gdyż nie lubi słodyczy, a nawet gdyby je lubił, nie jadłby ich, bo zdrowy styl życia byłby dlań ważniejszy (65). Czasem mogą odzywać się u niego trudne do wyplenienia, „szokujące” nawyki żywieniowe takie jak popijanie w czasie jedzenia (62), jednakże ciężko pracuje, aby się ich wyzbyć. Z reguły jada tylko i wyłącznie zdrową żywność (jadłospis podany jest w oddzielnej części recenzji). Potrafi prowadzić ze znajomymi ożywione dyskusje na temat wyższości stewii nad słodzikami (62). Nie jada niezdrowych rzeczy, uważa je za świństwo (56). Pilnuje, żeby nie przytyć i nie jadać po godzinie dwudziestej drugiej. Zna się na gotowaniu: posiada identyczne książki kucharskie co koledzy feederzy, z których wiele przepisów zna na pamięć (61).

Oprócz tego typowy feeder uprawia sport, biega (121), chodzi na basen, tenisa i siłownię (33) — choć raczej nie w celu budowania masy mięśniowej, bowiem przed treningiem zjada… płatki owsiane, banana i jogurt (86). Co ciekawe, feeder radzi sobie z negatywnymi uczuciami za pomocą alkoholu (92, 170) — czy to też takie zdrowe?…

Komentarz narratora

W „Nakarm mnie” narrator trzyma stronę Joanny i chętnie ocenia postaci feederów. Nazywa ich „niebezpiecznymi świrami” (283), zaś feedees określa mianem „nieszczęsnych ofiar psycholi” (315). W mniemaniu narratora feeder „mówił rzeczy, których nie uznałby za normalne żaden zdrowy oraz stabilny umysł” (243). Ponadto, „fakt, że ktoś może chcieć ważyć pół tony, nawet jej [Joannie] wydawał się niepojęty” (315); przytaczam fragment dotyczący Joanny, ale nietrudno odgadnąć, że jest to opinia nie tylko Joanny, ale także narratora i najprawdopodobniej Autorki. Jak wspomniałem, narrator porównuje związek feedera i feedee do rzeźnika i mordowanej sztuki bydła (85).

Portret feedee

Zasady wyboru feedee

Środowisko feederów jest w książce bardzo zżyte ze sobą i posiada wypracowane zasady, których feederom nie wolno łamać. W pewnym miejscu Strzebecka nazywa je nawet „regulaminem” (221). Zasady te dotyczą wyboru kobiet na feedee oraz sposobu ich tuczenia.

„Naczelna zasada tworzenia relacji dokarmiacz-dokarmiana” (114) jest taka, że kobieta musi posiadać odpowiednie predyspozycje: musi mieć od dziecka problemy z wagą (28, 187, 241), ponieważ „Psychika takich istot była najbardziej podatna na działania dokarmiaczy, a one same miały najmniej siły, aby im się oprzeć” (241).

Feedee musi też mieć problemy z samooceną i „z utrzymywaniem właściwych relacji z mężczyznami” (28), musi „przejawiać skłonności do ulegania manipulacjom” (28, 241), musi być nieszczęśliwa, samotna, musi kochać jeść (28, 55) i mieć nieudane próby odchudzania w swym życiorysie (55).

Kiedy tylko Darek dowiaduje się o tym, że Wiktor chce mieć feedee, natychmiast pyta o jej predyspozycje (185, 186).

Zasady tuczenia feedee

A oto trzy zasady tuczenia. Trzycentymetrowa obwódka talerza musi pozostać pusta, aby tuczona kobieta miała wrażenie, że porcje są mniejsze niż w rzeczywistości (36, 241).

Deser musi być podany na końcu, kiedy tuczona kobieta jest już przejedzona, gdyż w przeciwnym wypadku nie zje całej porcji dania głównego (37, 59, 248).

W ciągu pierwszych dwudziestu minut tuczona kobieta musi pochłonąć jak najwięcej kalorii, gdyż po tym czasie jej apetyt maleje (67, 252).

Podczas tuczenia, nie wiedzieć czemu, feederowi zależy na błyskawicznym zanikaniu u wypasanej tkanki mięśniowej (65). Aby tuczyć szybciej, podaje on zmiksowane jedzenie przez rurę cyt. „prosto do żołądka”, czyli najwyraźniej przepycha tę rurę przez przełyk jak endoskop (27, 68, 85, 172, 259). Feeder ceni nieświadomość feedee w zakresie negatywnych skutków zdrowotnych tycia (64). Za obżarstwo nagradza ją komplementami (248), malowaniem paznokci (148) i innymi przyjemnościami. Każe jej czekać na jedzenie, żeby wzmóc apetyt i nauczyć posłuszeństwa (264). Gdy chce zachęcić feedee, sam bierze do ręki jedzenie i udaje, że mu smakuje (274). Często ucieka się do wywoływania w niej poczucia winy za niezjedzony posiłek lub schudnięcie (59, 248, 273, 288).

Stosunek feedee do tycia

Feedee nie uważa tycia ani otyłości za coś pociągającego. Czerpie przyjemność z bliskości i uwagi feedera (68) oraz z tego, że sama sprawia mu przyjemność; poza tym, nie wynosi nic z harców feedera (119). Według feedera, feedee musi rozumieć, że obżarstwo jest lepsze od orgazmu (63) — a zatem Autorka wyraźnie wyklucza związek jednego z drugim.

Poglądy feedee

Feedee jest kobietą wpatrzoną całkowicie w swego oprawcę, widzi w nim źródło swej życiowej radości. Kocha (144), czuje się kochana i nie chce zawieść tej miłości. Gdyby poznała prawdę, mianowicie, że feeder jej nie kocha, „serce by jej pękło” (144). Feedee uważa podawanie jedzenia za wyraz troski o nią (58). Tyje, gdyż tylko to gwarantuje zainteresowanie ukochanego (287). Liczy się dla niej tylko jej feeder i jego czułe słówka; wiele złego jest zdolna mu zapomnieć (276).

Feedee miewa myśli o śmierci, ale wypiera je ze swej świadomości (250). Nie przejmuje się niczym; cały dzień tylko leży, bo dzięki temu szybciej tyje, a feeder jest zadowolony (143). Podczas akcji ratunkowej pod koniec książki feedees odmawiają pomocy; uważają, że wszystko z nimi w porządku (330).

Co bardzo dziwne, uwięzione w piwnicy feedees rzucają w stronę swych wybawców, którzy wymiotują na ich widok, słówko „delikatesiki” — zatem zdają się wiedzieć, że wyglądają okropnie (327–328). Jednocześnie dwie strony później feedees „We własnym mniemaniu były piękne, prawie idealne” (330).

Ocena wiarygodności

Muszę przyznać, że ten rozdział był chyba z całej recenzji najtrudniejszy do napisania. Skala idiotyzmu drzemiącego w książce jest tak porażająca, że człowiek zaczyna mieć wątpliwości, czy w ogóle podchodzić do przedstawionych tam twierdzeń na poważnie i czy w ogóle konfrontować je z rzeczywistością, zamiast uznać je li tylko za płód wyobraźni Autorki, do używania której ma przecież prawo skoro zajmuje się beletrystyką, a nie — dajmy na to — dziennikarstwem czy pracą naukową.

A jednak po coś recenzuję tę książkę. Jeśli ta notka ma mieć w ogóle jakiś sens, to przecież sensem tym nie jest przedstawianie fabuły jakiejś jednej z setek powieści kobiecych, ale właśnie skonfrontowanie obiegowego stereotypu adipofila z rzeczywistością.

Julita Strzebecka w wywiadzie dla firmy, na której kursy pisarskie uczęszczała, stwierdziła, że zrobiła porządne badania przed napisaniem powieści:

Fabuła powieści i postacie zostały przeze mnie wymyślone, natomiast cała reszta opiera się na faktach — specyficzny sposób myślenia, wszelkie zachowania, każdy szczegół. Nie sposób byłoby napisać tego rodzaju powieść [sic] bez solidnego researchu. Podczas pisania wykorzystałam również własne obserwacje oraz doświadczenia osób, które miały przeżycia tego rodzaju. Nie znam nikogo takiego osobiście. Sama również tego nie doświadczyłam […]
(J. Strzebecka, [1])

Wypada jej tylko współczuć, że w efekcie powstało dzieło, którego każdy element

  • albo pochodzi z dokumentu „Fat Girls and Feeders” i jest przytoczony z mniejszymi bądź większymi zniekształceniami;
  • albo pochodzi z filmu fabularnego „Feed”, który nie stanowi żadnego źródła wiedzy, bo jest fantazją dwóch aktorów i domorosłych scenopisarzy na temat powyższego dokumentu [5][1];
  • albo pochodzi z mojego opowiadania sylwestrowego dostępnego w notce #2 (więcej o tym w rozdziale o zapożyczeniach);
  • albo też jest wyssaną z palca bzdurą.

Pani Julito, naprawdę myśli pani, że „każdy szczegół” oparty jest na faktach? W takim razie bardzo chętnie poznam te portale internetowe, na których spragnione miłości dziewczęta, po zerwaniu ze swoim chłopakiem z powodu nieżytu żołądka (!), oferują „wyhodowanie wielkiej odleżyny i metrów zrogowaciałej skóry” (!) (84). Chętnie poznam choć jedną osobę, którą fascynuje smród potu i rozkładu oraz zanikanie mięśni. Ciekaw też jestem, ile procent adipofili jest masochistami, którzy czerpią przyjemność z bycia duszonym łokciem albo z odczuwania bólu przygniatanych kończyn. Mówię o masochizmie występującym obok adipofilii, wszak „przygniatanie” tuszą w sensie adipofilskim nie ma nic wspólnego z masochizmem a jego istotą nie jest sprawianie sobie bólu, ale doświadczanie pełnego wolumenu ciała partnera oraz bliskości z tym ciałem — a być może również powrót do odczuć z życia płodowego, jak sugerują pewni włoscy psychologowie (więcej o tym w jednej z kolejnych notek).

Również bzdury wymyślone przez twórców „Feed” powielane są w książce — na przykład to, że główny bohater nabawił się swojego feederyzmu w dzieciństwie, kiedy karmił chorą matkę. Na szczęście Strzebecka zrezygnowała z ukazanej na filmie zabawy feederów w obstawianie, kiedy która z feedees umrze, natomiast zastąpiła to schodami do wynoszenia trupów.

Przechodzę do filmu dokumentalnego. W filmie występuje między innymi Mark i jego żona Gina z Arizony. Para jest słynna z tego powodu, że obsesji Marka na punkcie tycia Gina o mało nie przypłaciła życiem. Przy głębszej analizie materiału filmowego staje się oczywiste, że obydwoje mają problemy emocjonalne i ich związek bez fachowej pomocy nie może być prawidłowy. Gina zawsze była wyśmiewana z powodu swojej otyłości; dopiero w wieku 24 lat zetknęła się z pierwszymi oznakami aprobaty, po tym jak umieściła ogłoszenie matrymonialne w gazecie. Złe doświadczenia z dzieciństwa spowodowały, że stała się przeczulona na punkcie straty partnera — ileż tego rodzaju kobiet (i mężczyzn) żyje na świecie. Funkcjonują przez lata w nie-adipofilskich związkach z alkoholikami, bezrobotnymi, przestępcami seksualnymi itp.

Z kolei Mark miał bardzo silną potrzebę zrealizowania się jako adipofil, a nigdy nie dane mu było spotkać partnerki-adipofilki. Gina niestety też nie była adipofilką (sama mówi, że nie pociąga jej ani tycie ani otyłość), ale ponieważ nie potrafiła stawiać swoich warunków z obawy o stratę partnera, Mark mógł to wykorzystać. I tak oto zrekompensował sobie brak porozumienia w łóżku prostą, dziecinną, nieliczącą się z rzeczywistością żądzą tuczenia jej do coraz większych rozmiarów. Jego niezaspokojona potrzeba znalezienia wspólnego języka z drugą osobą wyraża się najpełniej w tym, że chce się swoją otyłą żoną chwalić na prawo i lewo: na jej obiekcję co do wywoływania jej nagich zdjęć u fotografa odpowiada „give the guys a thrill” („sprawmy chłopakom [w zakładzie fotograficznym] frajdę”); z kolei w Halloween, gdy Mark rozdaje popcorn, pomimo jej dezaprobaty chwali się on zakłopotanym sąsiadom, że Gina pobiła kiedyś rekord w byciu najcięższą modelką na świecie. Do tego dołożył się jego infantylizm i nieodpowiedzialność — i tak powstała mieszanka wybuchowa.

Tak oto narodziła się czarna legenda feederów-skrytobójców.

Dla porządku należy zaznaczyć, że dokument pokazywał także innych, „niegroźnych” bohaterów, na przykład Yohannona, który tylko robił otyłym kobietom zdjęcia. Narrator wyraźnie zaznaczał, że istnieje różnica między tymi, którzy uwielbiają otyłość a tymi, którzy ją kreują (co nie jest precyzyjnym sformułowaniem, ale nie czas i nie miejsce na dyskusję o tym). Oczywiście można się było spodziewać, że ten wątek zostanie pominięty przez amatorów taniej (bo nieprawdziwej) sensacji.

A gdzie adipofilki?

I tu dochodzimy do bardzo ważnego, bodaj najważniejszego spostrzeżenia. We wszystkich trzech wzmiankowanych w tym rozdziale utworach: dwóch filmach i książce nie istnieje w ogóle postać kobiety-adipofilki. Ot tak. Nie istnieje ani jedna kobieta, która śniłaby o magicznym powiększaniu się; która bawiłaby się swoim ciałem; która dostawałaby orgazmu na myśl o zjadaniu ogromnych ilości jedzenia. Ktoś mógłby nawet myśleć, że adipofilki nie istnieją w rzeczywistości.

Weźmy więc na warsztat moje opowiadanie sylwestrowe. Strzebecka „zainspirowała się” sceną ważenia, w której mężczyzna był stanowczy, a kobieta — niechętna i zawstydzona. Cieszę się, że Julita Strzebecka czyta dobre opowiadania. Szkoda, że interpretuje je tak, jak jej wygodniej i nie interesuje się, jak było naprawdę. Czuję się w obowiązku zaznaczyć, że bohaterka Tryptyku później ważyła się sama, z własnej woli, często mi o tym nawet nie mówiąc. Napisała kiedyś na swoim nieistniejącym już blogu, że posiada „fetysz” czy też parafilię związaną z tyciem. Według jej własnych słów, fascynacja jej otyłym ciałem zrodziła się w okresie dojrzewania płciowego i miała czysto seksualny charakter. Podniecająca była dla niej również wizja mężczyzny badającego każdy zakamarek, zanurzającego palce w jej miękkim ciele. Te słowa wypowiedziała, kiedy nie była w związku z adipofilem, zatem nieuprawnione jest twierdzenie, jakoby ktoś od niej podobnych wyznań oczekiwał. Jeśli chodzi o ważenie wspomniane w moim opowiadaniu, to za pierwszym razem wstydziła się go zapewne dlatego, że jeszcze się dobrze nie znaliśmy.

W życiu spotkałem jeszcze kilka podobnych do niej adipofilek-hetero podniecających się tyciem. O tym jak bardzo niepoznany jest świat tej parafilii, niechaj świadczy fakt, że istnieją adipofilki hetero, które chcą być tą chudszą połową w związku, jak też adipofilki homo obydwu rodzajów; o tym już nawet nie wspominam, bo są to światy znane mi tylko z Internetu, gdy tymczasem świat adipofilek hetero chcących utyć jest mi znany z mojego najbardziej osobistego doświadczenia. Różnica między takimi dziewczynami a dziewczynami zupełnie pozbawionymi wrażliwości na adipofilskie bodźce jest tak ogromna, że od dłuższego czasu zupełnie nie interesuję się tymi drugimi i jako pierwszy podstawowy warunek bycia razem stawiam obecność tej właśnie parafilii u partnerki. To też skłania mnie ku twierdzeniu, że adipofilia jest orientacją seksualną — ale o tym będzie osobna notka.

Otyłość to zło a wielbiciel otyłości jest zły?

Julita Strzebecka — idąc za twórcami wspomnianych filmów — wychodzi z założenia, że otyłość po prostu nie może nikogo pociągać i kropka. Otyłość jest dla niej jednoznacznym złem w każdym możliwym aspekcie, a z tego wynika, że jeśli są tacy, którzy deklarują, że ich otyłość pociąga, to tak naprawdę pociąga ich nie otyłość, a owo zło, jakie się z nią wiąże. Z kolei kobiece zainteresowanie otyłością tłumaczy się w tej wizji jakoby zaślepieniem, które nie pozwala owego zła dostrzec. Stąd wziął się u niej wniosek, że adipofil chce zwyczajnie wyrządzić krzywdę drugiej osobie, a że robi to akurat w dziwaczny, wyrafinowany sposób — poprzez doprowadzenie jej do skrajnej otyłości — to inna kwestia.

Oczywiście, interpretując fakty w sposób dowolny można dojść do każdego dowolnego wniosku na każdy dowolny temat. Mogę na przykład napisać powieść o tym, że papież jest w głębi duszy hinduistą, który tylko sprytnie udaje katolika. Strzebecka nawet nie próbuje zastanowić się nad tym, co jest istotą adipofilii i co adipofile obu płci i obu opcji (tyjący i nietyjący) odczuwają. Opisy stanów wewnętrznych bohaterów w jej książce — z wyjątkiem Joanny — nie istnieją (o tym szerzej napiszę w rozdziale o błędach warsztatowych). Opisy adipofilskich zdarzeń sprowadzają się do opisów obserwowalnych z zewnątrz zachowań, na przykład: Wiktor widzi otyłą kobietę, a „w spodniach nabrzmiewa jego penis” (26). W opisie fantazji erotycznych Wiktora ów brak jakichkolwiek stanów wewnętrznych jest wręcz żałosny (34).

Szkoda, że Autorka „Nakarm mnie” kosztem prawdy zdecydowała się uwikłać swoich bohaterów w ponurą a czasem mimowolnie komiczną fikcję. Może jednak nie miała wyboru, skoro bez niej książka byłaby — jak sama zaznaczyła w wywiadzie — „nudna dla czytelnika”…

Ciąg dalszy oraz lista źródeł w następnej notce.


[1] Chodzi o zdanie: „Patrick and his friend Alex O’Lachlan (now known as Alex O’Loughlin), came up with the story for the movie ‘Feed’ after they both saw a documentary on Feeders and Gainers.”

[i] „Otyłe dziewczyny i ich partnerzy” (2004), tyt. oryg. „Fat Girls And Feeders” (Channel 4, 2002/2003)

[ii] „Kobieta na krańcu świata: Kobieta 5XL” (2013), https://player.pl/programy-online/kobieta-na-krancu-swiata-odcinki,87/odcinek-4,kobieta-5xl,S05E04,22529

[iii] „Ukryta prawda”, odc. 185 (TVN, 2013) https://ukrytaprawda.tvn.pl/odcinki-online/odcinek-185,20117,o.html

[iv] Joanna Opiat-Bojarska, „Gra o wszystko” (2017); Liliana Fabisińska, „Zielarnia nad Sekwaną” (2017)