𝟭𝟰𝗰 Aby wszystko było po coś. Analiza i recenzja powieści „Nakarm mnie” Julity Strzebeckiej, cz. 3/3

Oto trzecia i ostatnia część notki poświęconej powieści „Nakarm mnie” Julity Strzebeckiej. Znajdują się w niej dwa rozdziały przynależące do części warsztatowej: jeden traktujący o wiarygodności świata przedstawionego, drugi o języku — oraz ciekawostki: głównie zdrowy jadłospis proponowany w książce oraz wzmianki o muzyce. Oczywiście pod koniec notki znajduje się rozdział podsumowujący moje rozważania i prezentujący moją ocenę dzieła Strzebeckiej.

Do posłuchania: moje ulubione etiudy Aleksandra Skriabina, rosyjskiego kompozytora przełomu XIX i XX wieku, o którym można by napisać kilka notek takich jak ta. https://youtu.be/kn_yRBYkrDs

Wiarygodność

Wiarygodność zdarzeń i bohaterów w książce miejscami pozostawia sporo do życzenia. Pierwsze sygnały tego problemu pojawiły się już w rozdziale o feederach i feedees, których sylwetki zostały stworzone w oparciu o szczątkowe informacje i nieprzebrane zasoby własnej fantazji, co zaowocowało galerią postaci kompletnie nierzeczywistych. Żeby zaś ocenić wiarygodność wątków wspomnianych w tym rozdziale, nie trzeba nawet znać się na adipofilii.

O tym wie każdy

Zacznę od czegoś ujmująco głupiego. Każdy człowiek powyżej pewnego wieku wie, w jakich warunkach może wystąpić u mężczyzny orgazm i jakie reakcje organizmu on za sobą pociąga. A Autorka? Umieszcza w powieści dwie sceny szczytujących mężczyzn: w jednej z nich na spacerze kobiecie pękają na tyłku gacie, za nią idzie jej feeder „a w okolicy rozporka pojawi[a] się ogromna plama”… (83) W drugiej scenie feeder Wiktor zawiązuje kobiecie sznurówki, po czym wstaje „czerwony jak burak”, a „na materiale jego spodni pojawi[a] się mokra plama”… (149) Serio, na litość boską, rozumiem, że można nie mieć pod ręką żadnego adipofila do konsultacji — ale najzwyczajniejszego w świecie mężczyzny też nie?!…

Jedźmy dalej. Nie wiadomo skąd Strzebecka wzięła pomysł, że rurka, którą feedees są karmione, trafia „prosto do żołądka”, czyli przechodzi przez przełyk (27, 68, 85, 172, 259). Każdy, kto miał badanie endoskopowe, wie, jaka to bzdura.

Jeszcze jeden kwiatek. „Kobieta upadła na pupę, odruchowo wyciągając nogi przed siebie” (119) — jak to jest fizycznie możliwe? Nogi są jedynym punktem podparcia podczas upadku — czy w takim razie przekoziołkowała w powietrzu?

Na koniec taki obrazek: Darek mówi, że lepiej mieć prawdziwą kontrolę nad feedee niż tylko udawać. Wiktor, który jest odmalowany jako człowiek spokojny, rozwściecza się na te słowa tak, że zakłada Darkowi nelsona… Czy w normalnym życiu tak postępujemy? Co więcej, Darek podnosi go wysoko do góry i rzuca nim o podłogę… (89) Przypomina się „Potop” Sienkiewicza i Zagłoba, który wykręcał takie numery. Tyle że „Potop” każdy czytał z przymrużeniem oka, bo wiadomo, że jest to powieść zawierająca elementy quasi-baśniowe i nie o prawdę i realizm w niej chodzi.

Dziwnie waść prawisz…

Zostańmy przy Darku. Który facet, „knypkowaty mięśniak”, „nerwus niepotrafiąc[y] usiedzieć przez pięć minut” (86) mówi po wejściu do domu drugiego faceta: „Trochę tu ciemno, ale fajnie. Ja też uwielbiam beże, ale zamiast z brązem, łączę je z bielą i zielenią”? (87)

Odzywki postaci w „Nakarm mnie” to w ogóle ciekawa sprawa.

  • Sprzedawczyni w sklepie osiedlowym ot tak rzuca, że „normalni ludzie nie robią zakupów o tej porze”, tudzież krytykuje kupione przez Joannę śmieciowe jedzenie (70), jak gdyby zależało jej na tym, żeby obrazić klienta i nie zarobić.
  • Na parkingu przed kliniką lekarz woła pacjentkę po imieniu, zaś gdy ta nie reaguje, mówi: „Sto czterdzieści trzy kilo, w tym siedemdziesiąt jeden zbędnego balastu!” (128) To chyba bardzo nieortodoksyjny lekarz.
  • Z kolei gdy Joanna chce, żeby ją wypuścili z pokoju w klinice, wali w drzwi. Wchodzi pielęgniarka i pierwsze co mówi to: „Niech się pani opamięta, pani Joanno! Nałóg obżarstwa jest jak zapchlony ogon, który macha psem. Pozwoli pani temu czemuś majtać sobą na wszystkie strony?” (161) Ot tak, bez „dzień dobry”, bez „co się tu dzieje” — nie bawi się w pierdoły, tylko od razu z jowialnością natchnionej jehowitki wali dobrą nowiną prosto w pysk.

Jeszcze w kwestii odzywek. Po tym jak Wiktor pierwszy raz zobaczył Joannę na oczy na pałacowym dancingu, a ta zwiała mu sprzed nosa, poszedł pokręcić się po okolicy. „Zaglądał wszędzie w nadziei, że spotka czerwonowłosą grubaskę, ale nigdzie jej nie było. Pytał o nią, lecz każdy tylko rozkładał ręce. Wiktor nie wierzył, że nikt nie zauważył stupięćdziesięciokilogramowej osoby”. (178) Przepraszam, to znaczy jak o nią pytał? — Dzień dobry, czy tu mieszka stupięćdziesięciokilogramowa grubaska? W dodatku zagadka rozwiązuje się następująco: „Joanna […] Poprosiła obsługę, aby każdemu, kto pytałby o nią, mówili, że jej nie widzieli” — och! jakie to sprytne…

Po prostu dziwaczne

Epizod z podrzuconymi Wiktorowi feedees jest kompletnie niewiarygodny i niepotrzebny — to już zostało powiedziane dwukrotnie w recenzji. Jeśli Szymon, który je podrzucił, za każdym razem gdy odwiedzał Wiktora anonsował się dopiero, kiedy stał przed drzwiami jego mieszkania (150), to niewiarygodne jest, aby Wiktor aż tak się z nim przyjaźnił, żeby mówić mu o zmianie swojego adresu zamieszkania i ściągać sobie na kark nową biedę w postaci podrzuconych mu dwóch nieznajomych feedees. Same postaci tych kobiet również są dziwaczne — to też już zostało zasygnalizowane poprzez stwierdzenie, że obie kobiety w ogóle nie zwracają uwagi na kosmiczną sytuację, w której się znalazły. Ale dziwactwo na tym się nie kończy. „W czasie weekendu Aga i Agnieszka oswoiły się z niespodziewaną sytuacją. Zdjęły w końcu czarne ciuchy i założyły kolorowe, co znaczyło, że są gotowe podporządkować się nowym regułom” (172). Że co?! Czy to członkinie jakiejś sekty czy pierwotnego plemienia afrykańskiego?

Nieprawdopodobnych zachowań jest więcej. Wiktor zaprasza do nowo kupionego domu architektkę wnętrz. Choć ta jeszcze go nie widziała, już założyła czarną spódnicę mini, żeby mu się spodobać. Była rozczarowana, że nawet na nią nie zerknął (112). Nigdy jeszcze nie spotkałem architektki wnętrz, która by tylko czyhała, aby poderwać pierwszego lepszego klienta o męskim imieniu.

Ta sama architektka jest bardzo podejrzliwa, względnie ciekawska — pyta na przykład, po co Wiktorowi poszerzane drzwi, a on musi się tłumaczyć, że mogą go odwiedzać otyli pacjenci (113). Z własnego doświadczenia mogę jednak powiedzieć, że dwuskrzydłowe drzwi w mieszkaniu nie są niczym dziwnym i nie prowokują żadnych tego rodzaju pytań.

Albin i Darek baraszkują ze swoimi feedees — nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że robią to we dwóch z dwiema kobietami w jednej piwnicy obok siebie (152) — czy to swingersi??

Na stronach 257–258 akcja się zagmatwała. Po pierwsze mieszkańcy eleganckiego domu w Kurowie, w którym wszystko jest tip-top i który wygląda „niczym siedziba gwiazdora hollywoodzkiego” (243) wystawiają na dwór w porze wczesnowiosennej (241) tapicerowane meble — jak mieszkańcy socjalnych baraków. Jeden deszcz — i po tapczanach. Po drugie, Joanna kładzie się na jednym z owych tapczanów i odpływa w sen — a przecież dopiero co spała ponad 12 godzin (255); owszem, zasnęła z pełnym żołądkiem i nie zregenerowała się, ale i tak jest to mało prawdopodobne. Po trzecie, chwilę po odpłynięciu w sen Joanny dowiadujemy się, że na dworze jest 10°C (258). Serio? Nie wiedziałem, że bycie grubym automatycznie daje człowiekowi umiejętności surwiwalowe.

Niewiarygodne jest podpisywanie umów w ciemno mające miejsce w „Nakarm mnie” aż dwa razy. Raz Joanna podpisuje w ciemno umowę dotyczącą jej pobytu w klinice, nie zauważając nawet że jest to klinika zamknięta i że zgadza się na przymusowe trzymanie jej w zamknięciu (129). Drugi raz to „główny lekarz” owej kliniki bariatrycznej podpisuje różne dokumenty podsunięte mu przez Wiktora w ogóle ich nie czytając (242): między innymi przyznaje się w nich „do malwersacji podatkowych i brania łapówek” (279). Po pierwsze: i Joanna, będąca dyrektorem finansowym, i dyrektor kliniki są ludźmi zapewne obeznanymi ze wszelkimi papierkowymi sprawami i nie chce mi się zwyczajnie wierzyć, żeby podpisali cokolwiek nie czytając tego. Nie, nie, to zdecydowanie zbyt proste narzędzie do kierowania akcją powieści; nawet gdyby było użyte tylko raz, sytuacja byłaby niewiarygodna — a tak… Po drugie, w przypadku dyrektora kliniki żadnych malwersacji ani łapówek nikt mu dotychczas nie udowodnił, więc dokument, w którym znalazłoby się takie oględne stwierdzenie zapewne nie miałby żadnego znaczenia i nie byłby dowodem na nic.

Z kategorii drobnostek: ratownicy uczestniczący w akcji ratunkowej pod koniec są byłymi komandosami — a nie potrafią zejść po schodach do piwnicy bez trzymania się oburącz poręczy? (327)

Jeszcze jedna drobnostka: Wiktor, jako lekarz, zna różne sposoby radzenia sobie z prostymi dolegliwościami typu siniak (122) czy niestrawność (262); dziwne, że kiedy Joanna dostaje biegunki, wywołuje to wielki kryzys w ich „związku” a Wiktor przestaje się do niej odzywać dlatego, że Joanna przez swoje zatrucie pokarmowe chudnie (286). Czyżby Wiktor nie miał węgla aktywowanego?

W pewnym momencie w powieści Wiktor zaczyna trzymać Joannę pod kluczem (301–302). Wydawałoby się, że to już dość mocno i jednoznacznie określa jego zamiary względem niej jako złe. A jednak mimo to ona wierzy mu na słowo, że kiedy wcześniej zakradła się do piwnicy i usłyszała głosy należące do kobiet (298), to tak naprawdę głosy dochodziły z telewizora… (302, 305) Rozumiem, że była do niego przywiązana i w ogóle — ale to już przesada.

Wracam do wątku ratowników. Ratownikami ratującymi feedees pod koniec książki są pracownicy kliniki bariatrycznej, którzy przecież mają swoje obowiązki w miejscu pracy i nikt nie płaci im za odratowywanie potajemnie tuczonych w piwnicach kobiet. (327) Nie lepiej od razu wezwać pogotowie? Czemu Joanna nie mogła zwyczajnie zadzwonić na numer alarmowy?

Chcąc utrzymać atmosferę thrillera, Autorka pisze, że gdyby sąsiedzi zauważyli częste transporty jedzenia do domu w Kurowie, gdzie tuczone są kobiety, „zaraz pojawiłyby się plotki, domysły, a wraz z nimi donosy na policję” (142). Donosy na policję, bo furgonetka z jedzeniem za często kursuje? Czy to aby nie przesada?

Nie je, nie pije…

Wiktor pod pewnymi względami jest nadczłowiekiem. Widać, że Autorka spędziła trochę czasu na forach internetowych, przygotowując się do napisania powieści. Rzeczywiście bowiem, wiele postów jest wysyłanych bardzo późno w nocy — o 3:00, 4:00, 5:00. Nie sądzę jednak, żeby ci, którzy o tej godzinie siedzieli na forum, szli na 8:00 do pracy i bez chwili wypoczynku przepracowywali następny dzień. Powiem więcej, wiem, że jeśli ja siedzę do późna w nocy (właśnie wybiła 4:00, kiedy piszę te słowa), to następnego dnia nie muszę zrywać się wcześnie. Jeśli muszę — to nie siedzę.

Tymczasem Wiktor zdaje się temu prawu przeczyć. W niedzielę biega do 1:00, potem przewraca się z boku na bok do 4:00, przegląda Internet, o 6:30 wyłącza laptopa po nieprzespanej nocy, pół godziny później jest już na siłowni, na której spędza 2 h, następnie zaprasza Darka do mieszkania, przygotowuje śniadanie, dostaje ataku szału i wyładowuje się na koledze, o 13:00 jest już w pracy, tam dostaje wypowiedzenie, z pracy idzie prosto do sklepu, by kupić akcesoria, potem na basen, gdzie pływa do utraty sił, a wieczorem, o 22:00 urządza w domu popijawę (81–95).

Drugi taki epizod wydarza się nieco później, choć tym razem Wiktor nie wykonuje po nieprzespanej nocy aż tylu czynności. O 19:00 idzie na sobotni dancing, wypatruje Joannę, ta ucieka, on idzie do samochodu, gdzie czeka aż wytrzeźwieje, wraca do domu, o 5:00 kłóci się z Darkiem i jedzie na teren Kompleksu, by tam czatować na Joannę. Nie spotkawszy jej, opuszcza teren Kompleksu 20 minut przed tym, jak opuszcza go Joanna; wiadomo skądinąd, że Joanna po 8:30 poszła do restauracji i spędziła tam trochę czasu (173–178). Z tego wynika, że Wiktor mógł chodzić po kompleksie jeszcze długo po 8:30 i dopiero po jego opuszczeniu, po całej nieprzespanej nocy, pójść spać. Ponieważ jest niedziela, Wiktor zapewne ma czas, by się wyspać.

Aby oddać sprawiedliwość

Mimo wszystko kilka rzeczy w kwestii wiarygodności czuję się w obowiązku pochwalić. Są to te cechy świata przedstawionego, które Autorka najpewniej wzięła z własnego doświadczenia — i nie ma w tym absolutnie niczego złego, wszak pisarstwo polega na „uszlachetnianiu rzeczywistości” (jak twierdził Thomas Mann). Twórczość musi żywić się materiałem wziętym z rzeczywistości, tak aby była autentyczna.

Takie właśnie są opisy akcji w klinice. Język związany z odchudzaniem i ćwiczeniami fizycznymi w „Nakarm mnie” jest bardzo ekspresyjny. Klinika jest nazwana „piekłem” (223); bariatra „gnębił takich [pacjentów] i jeszcze mu za to płacili” (90), a na siłowni odbywają się „tortury”. Zresztą siłownia jest określona jako „to najgorsze” (216). Opis wykonywanych tam ćwiczeń i bolączek Joanny z nimi związanych jest bardzo realistyczny i przekonujący (219).

Na pierwszy rzut oka może się wydać przesadne mówienie o łakociach tak, jak gdyby to były jakieś uświęcone religijnie przedmioty lub narkotyki:

Kobieta trzymała cukierka na języku aż całkiem się rozpuścił. Nie śmiała go pogryźć. Był dla niej jak komunia mająca w sobie siłę odrodzenia.

(236)

Joanna odpakowała go [batona] drżącymi rękami. W jej nozdrza uderzył zniewalający zapach mlecznej czekolady, którego intensywność zmieniała się wraz z podmuchami wiatru.

W końcu doczekała się całkowitej ciszy — nie drgnęła żadna gałązka, a ona słyszała przyśpieszone bicie serca. Zaciągnęła się najwspanialszą wonią świata — oszałamiającą słodyczą cukru i wanilii zmieszanych z ziarnami kakaowca. Już dawno nie czuła ich tak intensywnie.

Polizała otoczkę z mlecznej czekolady. Rozkoszny smak poraził jej zmysły i już nie była w stanie dłużej udawać konesera, ujawnił się nałogowiec. Wepchnęła batona do buzi, zamknęła usta i zaczęła gryźć. Połknęła i poprosiła o więcej.

(239–240)

Cokolwiek by o tym nie sądzić, opis jest wręcz fantastycznie pociągający. Choć na pierwszy rzut oka przesadny, po dłuższym zastanowieniu już się taki nie wydaje. A może dla „nałogowego obżartucha” jedzenie batona naprawdę jest źródłem tak silnych przeżyć?…

Strzebecka ewidentnie szperała w Internecie, czytała fora, oglądała filmiki porno. Podoba mi się opis nieprzespanej nocy spędzonej przed komputerem (85), ponieważ jest całkiem realistyczny. Również rozpacz Joanny w klinice jest wiarygodnie odmalowana (226). Filmik porno, który ogląda Wiktor, bazuje na rzeczywistych filmikach tego typu (26–27).

Przekonujące są dla mnie spostrzeżenia dotyczące pacjentek kliniki otyłości: „poszczące od lat grubaski łapały się na lep seksualnej obietnicy a potem wpadały w sidła emocjonalnej i fizycznej zależności którą nazywały miłością” (222) oraz „Joanna była przekonana, że może przestać się obżerać, kiedy tylko zechce. Jak każdy nałogowiec miała mylne wrażenie sprawowania kontroli nad słabościami. W rzeczywistości to one nią rządziły” (133). Oprócz tego, bardzo realistycznie i dokładnie zostało opisane pomiatanie pracownikami korporacji przez Joannę — dyrektor finansową (123), choć akurat w tym przypadku mam nadzieję, że Autorka nie zna tego z autopsji.

Także muzeum na zamku (208) i w ogóle kompleks w Kurowie są bardzo dobrze opisane.

Narrator pozwala sobie też wtrącić parę zdań o tym, dlaczego Joanna nie lubi horrorów z żywymi trupami oraz w jaki sposób przylgnęła do niej łatka fanki tego typu produkcji (295) — wydaje się, że ta zabawna uwaga ma charakter autobiograficzny i być może miała być przeczytana przez konkretne osoby…

Język

Obezwładniający redukcjonizm

Język Strzebeckiej, podobnie jak akcja jej powieści, jest tak mocno osadzony w rzeczywistości, że niejeden pisarz socrealistyczny doznałby przy kontakcie z nim wstrząsu. Niestety — czy to z nieśmiałości czy to z niedostatków warsztatowych — Strzebecka całkowicie zrezygnowała z opisu owych małych, ulotnych, irracjonalnych myśli, które każdy człowiek ma i które większość ludzi odrzuca i od razu zapomina. Niemniej, to one tworzą aurę danej chwili, to one właśnie — dużo lepiej niż określenia emocji typu: „Joanna czuła przypływ paniki” — sugerują, jakie emocje odczuwa bohater i powodują, że emocje bohatera udzielają się czytelnikowi. Redukcja stanów psychicznych człowieka do zewnętrznych, obserwowalnych oznak nie jest ani możliwa ani pożądana; w nauce jest złem koniecznym; w sztuce jest oznaką dyletantyzmu.

Weźmy przykład paniki. Choć nie jest to w powieści nijak zasugerowane, Joanna cierpi zapewne na nerwicę i dręczą ją napady lęku. Oto, jak zostały one opisane:

Serce Joanny kołatało w piersi w nietypowym rytmie. Do tego dołączył ból głowy, który zastąpił chwilowe zawroty. Szumy w uszach doprowadzały ją do obłędu, przed oczami miała mroczki, a ubranie na jej ciele było mokre od potu.Dobrze, że nie mogła się zobaczyć — bladość twarzy i maksymalnie rozszerzone źrenice przyczyniłyby się do wzrostu paniki, a ona często kończyła się dusznościami.

Otyła kobieta miała wrażenie, że zaraz skona. Osunęła się na podłogę i zamknęła oczy. Skupiła się na oddychaniu.

W kieszeni wymacała cukierka. Zjadła go.

Po kilku minutach poczuła się lepiej.

(97)

W nocy bardzo się męczyła. Zapadała w kilkunastominutowe drzemki kończące się atakami paniki i waleniem serca. Z jednego koszmaru przechodziła w drugi. W każdym z nich występował Wiktor. Rzadko się odzywał. Po prostu patrzył na nią, ale robił to tak, że Joanna w jednej chwili miała dreszcze, a w drugiej oblewała się potem. Do tego cały czas drżała, miała sucho w ustach i oddychała z trudem.(196)

— Nie tragizuj. Dasz radę [schudnąć], jak każdy, kto tu [do kliniki otyłości] przyjechał — powiedziała [współlokatorka Joanny], choć tak naprawdę nie wiedziała, czy wszystkim pacjentom udawało się schudnąć. O porażkach tu się nie mówiło.— Nie byłabym tego taka pewna.

— A ja bym była — odpowiedziała twardo Anita [współlokatorka Joanny].

Joanna zaczęła gryźć czubek trzymanego w dłoni długopisu.

— Ty masz atak paniki — stwierdziła współlokatorka.

Wysocka szybko uniosła głowę. Zatrzęsły się jej policzki i galaretowate podbródki.

— Nie mów mi, co mam, a czego nie mam! — wybuchła.

(210–211)

[Joanna] usiłowała postawić stopy na nieruchomych częściach bieżni […]— Zatrzymaj to! — wrzasnęła w końcu. Trener przybiegł natychmiast. […]

— Nie — odpowiedział spokojnie. Joanna nie spodziewała się czegoś takiego. Jej wściekłość zamieniła się w przypływ paniki. Bała się, że padnie na zawał.

(219)

— Postanowiłem zwolnić się z pracy — stwierdził Wiktor i westchnął, aby pokazać, ile kosztuje go ta decyzja. — Nie mogę dłużej patrzeć, jak się męczysz. Chciałem cię stąd zabrać, ale najwyraźniej nie masz ochoty.Joanna wpadła w panikę.

Bez niego nie dam rady przetrwać w tym wariackim świecie!

— Mam! [ochotę, by mnie stąd zabrać]

(240)

Wyrzuty sumienia i stany depresyjne nie opuszczały jej ani na chwilę, zwłaszcza że znów powróciły nagłe wahania cukru, oblewanie się lodowatym potem, drżączka nie do opanowania, suchość w ustach, ciągłe pragnienie i konieczność częstego oddawania moczu.

(282)

W tekście zupełnie brakuje opisu irracjonalnej sfery psychiki Joanny. Opis w ogóle nie jest ekspresyjny, składa się z objawów wyliczonych suchym naukowym językiem, akcja jest powolna, zdania są za długie. To nie kojarzy się z żadną paniką.

Co zabawne, Autorka mimowolnie i chyba nieświadomie przemyca w treści książki myśli powodujące owe ataki paniki (np. 99, 125). Są to typowe objawy nerwicy: uczucie mdlenia (nie mdlenie), myśli o stale pogarszającym się stanie zdrowia, obawa przed śmiercią, nadmierne wyrzuty sumienia, natręctwa. To właśnie te myśli są kwintesencją paniki, a nie przyspieszone bicie serca, drżenie rąk czy podwyższone ciśnienie. To właśnie te myśli należałoby opisać i rozwinąć w momentach, gdy Joannę dopada lęk. Tymczasem Autorka bierze te myśli na poważnie, przedstawiając sytuację tak, jak gdyby Joanna rzeczywiście lada chwila mogła umrzeć z powodu powikłań otyłości. Hipotezę, że Autorka nie jest świadoma kluczowej roli tych myśli wzmacnia fakt, że Joanna kilka razy mdleje — pisząc te sceny, Strzebecka zdaje się mówić: „w prawdziwym życiu to się nie zdarzyło, więc niech chociaż w powieści się zdarzy!” Nie, nie, od lęku się nie mdleje.

Podobnie ma się sprawa z opisem podniecenia feederów (179), ale o tym była już mowa w rozdziale o portrecie feedera.

Sensacyjny bełkot

Powieść „Nakarm mnie” jest thrillerem, zatem to naturalne, że napisana jest sensacyjnym językiem. Niestety czasem sensacyjnie brzmiące zdania operują jakimiś niezrozumiałymi metaforami, albo — co gorsza — w ogóle nie niosą za sobą żadnej treści.

Albin był typowym feederem — dokarmiaczem. Specjalnie się z tym nie ukrywał, po prostu nie mówił wszystkiego, a zwłaszcza rzeczy, które byłyby dla niego szkodliwe. Milczał, kiedy ktoś zaczynał drążyć, albo naprowadzał go na fałszywy trop.

Ludzie dokoła widzieli, że preferuje kobiety, które mają sporo ciała, lecz nie mieli pojęcia, o co tak naprawdę chodzi.

(28)

I w tym momencie czytelnik ma nadzieję, że właśnie się dowie, „o co tak naprawdę chodzi”, jednak Strzebecka urywa wątek. Więc o co tak naprawdę chodzi? O to, że Albin nie tyle „preferuje kobiety, które mają sporo ciała”, ile lubi je tuczyć? Przecież „specjalnie się z tym nie ukrywał”, że jest feederem. Więc może tak naprawdę chodzi o to, że lubił je kontrolować? To już jest nadinterpretacja, bo o kontroli nie ma na stronie ani słowa.

Joanna spojrzała w lustro. Dobrego humoru nie był jej w stanie zepsuć widok opuchniętej twarzy ani obwisłych podbródków. Zresztą udawała, że nie widzi nic poza pięknem swoich włosów. Malinowa czerwień kosmyków pobudzała do myślenia. Problem w tym, że otyła kobieta nie chciała myśleć ani czuć.

(107)

Joanna patrzy w lustro. Ma dobry humor, mimo że źle wygląda. Czerwień włosów pobudza do myślenia, ale ona nie chce myśleć ani czuć? Pobudza do myślenia o czym? O nadwadze? Dlaczego czerwone włosy mają pobudzić Joannę do myślenia o nadwadze? Dlaczego Joanna nie chciała myśleć ani czuć? Bo miała dobry humor? Ten akapit jest bez sensu.

Kolejny przykład. Albin i Darek chcą, żeby przenieść Joannę do piwnicy, do reszty feedees (255). Wiktor oponuje, mówiąc, że już rozmawiali na ten temat. Niestety, od strony 244, kiedy Joanna pojawia się w domu w Kurowie, aż do rzeczonej strony 255 czytelnik takiej rozmowy na kartach książki nie uświadczy, więc ma wrażenie, że coś przeoczył i że wątki mu się rwą. Następnie Albin stwierdza, że „utrzymywanie przed nią [Joanną] tajemnicy okazało się w praktyce zbyt trudne”. Nie wiadomo, jakiej tajemnicy i dlaczego zbyt trudne. Strzelam w ciemno, że tajemnicą ma być istnienie innych kobiet w piwnicy, choć z kontekstu to nie wynika. Jednak prawdziwą tajemnicą jest sens istnienia tego zdania, bowiem Joanna o niczym jeszcze nie wie — od strony 244 tylko je i śpi; podejrzewa istnienie innych feedees dopiero czterdzieści stron później! — bo na stronie 298; na stronie 302 Wiktor skutecznie wmawia jej, że słyszała głosy z telewizora, zaś prawdę odkrywa dopiero na stronie 305.

Pionki trzymane w szachu nie robią afer. Nie leży to w ich interesie.

(279)

Z punktu widzenia reguł Królewskiej Gry fraza „pionek trzymany w szachu” jest bezsensowna. Ładnie brzmi, prawda, ale tylko jeśli czytający nie zna znaczenia użytych tu słów.

[Albin] Wiedział też, że jeśli [Joanna] nie zacznie dobrowolnie współpracować, po tym, jak podstępem została wciągnięta w grę o wysokim stopniu ryzyka, nie zrobi kariery w hodowaniu seksownych fałd tłuszczu

(257)

To już kompletny bełkot. Gra o wysokim stopniu ryzyka? Co ma być tą grą? Tycie? Jeśli tak, to powyższe zdanie znaczy tyle co: „wiedział, że jeśli Joanna nie zacznie tyć, po tym jak zaczęła tyć, to nie utyje”…

— Wiktor nie żyje — [Joanna] usłyszała własny głos. […]

— Kłamiesz! — zarzuciła jej brunetka. […]

— To Joanna. Była żona mojego brata — powiedziała […] Patrycja. — Wymieniła go na stosy dodatkowego jedzenia.

— To chyba możemy jej zaufać w tej kwestii, jak myślicie? — zapytała druga blondynka.

(318)

To znaczy: Joanna nie kłamie, że Wiktor nie żyje, bo się rozwiodła i utyła? Utyła tak jak my, więc nie będzie nas nabijać w butelkę? Panie z piwnicy są chyba trzymane na ostrych pigułach — co by tłumaczyło ich znane skądinąd dziwactwa.

Jeszcze jeden przykład trochę mniejszego kalibru.

W aucie rozbrzmiewały akordy miniatury fortepianowej Beethovena „Dla Elizy”. Joanna kołysała się do rytmu. Nuciła.

„Nawet geniusz nie jest pozbawiony wad. A ja? Mam same wady tylko dlatego, że nie jestem geniuszem?”

(127)

O jakie wady Beethovena chodzi? W tych pseudomądrościach jest tak wiele błędów logicznych, że trudno o wszystkich mówić.

Niewłaściwy rejestr

Strzebecka nagminnie miesza ze sobą rejestry językowe, tak że na przykład w chwili smutnej używa jakiegoś wyrazu komicznego, a w chwili intymnej — oficjalnego, naukowego języka. Często też sili się na kwieciste zwroty, które wyglądają nieco topornie.

Niezamierzony komizm

„Łzy spływały jedna po drugiej z jej pulchnych policzków. Czasami było ich mało, a czasami zamieniały się w wartko płynący potok. Joanna kompletnie się rozkleiła” (106) — porównanie kropli łez do potoku, w dodatku wartko płynącego, jest znaczną przesadą i zakrawa na komizm. Co więcej, wartko płynący potok stanowi człon dość poetyckiej metafory, która bardzo kontrastuje z pospolitym, potocznym określeniem płaczu jako „rozklejenia się”. Ewidentnie jest tu pomieszanych kilka rejestrów językowych.

W innym momencie Joanna płacze, bo została źle ostrzyżona. Jej płacz obudził współlokatorkę, która przyszła do łazienki i zastała Joannę uwieszoną na umywalce, „co groziło katastrofą budowlaną” (201). Z jednej strony płacz — z drugiej żart. Cóż, zła fryzura to nie koniec świata, może więc chodziło Strzebeckiej o to, by spojrzeć na całą sprawę z przymrużeniem oka. Ale z kolei początek sceny jest napisany na tyle dramatycznym tonem, że ciężko uznać go za dowcip na temat fryzury Joanny.

Nasza główna bohaterka o drugiej w nocy skrada się po ciemnych korytarzach domu w Kurowie. Upewnia się, że nikogo nie ma — widać, że Autorka chce zbudować napięcie. Celem wypadu jest ostateczne wyjaśnienie tajemnicy głosów dochodzących z piwnicy. Joanna schodzi więc po schodach, które… „były wąskie i w dodatku miały poręcz skutecznie określającą gabaryty użytkowników” (308). Po czym w czytelniku następuje emocjonalne „zwarcie” i — prawem pisarskiej fizyki — „napięcie” natychmiast spada do zera. Zamiast wywołać wrażenie niepokoju, ta mała wzmianka, bez której scena doskonale by się obyła, psuje wszystko. Jeśli już koniecznie trzeba powiedzieć, że schody są wąskie, to lepsze byłoby coś w stylu „O mój Boże, jakie one wąskie, chyba nie dam rady po nich zejść!” Znów widać jak na dłoni, że dziełu Strzebeckiej bardzo brakuje opisów introspektywnych.

Dwukrotnie w powieści śmierć jest opisana jako zejście „z tego padołu” (18, 265). Dużo prościej jest napisać „z tego świata”. Wprowadzenie archaicznego lub bardzo wyszukanego wyrazu powinno zawsze mieć jasno określony cel. To samo dotyczy wyrazu „ambaras” we frazie „Zrozumiała, że z tym ambarasem sama sobie nie poradzi” (165) będącej komentarzem narratora do szokującej Joannę sesji u psychologa, podczas której pacjentka sapie i krzyczy: „Przestań mnie dręczyć!”. Albo dramatyzm albo komizm, nie jedno i drugie na raz. Albo — jak na przykład w powieści „Paragraf 22” J. Hellera — najpierw wyraźnie zarysowany dramatyzm (pomyłkowe rozerwanie na strzępy Dzieciaka Sampsona śmigłem samolotu i teatralne samobójstwo pilota), a potem równie mocno przedstawiony komizm (wmawianie Yossarianowi, że leciał w rozbitym samolocie razem z pilotem–samobójcą i wobec tego nie żyje). Takie zestawienie wymaga jednak wybitnego pisarskiego kunsztu.

Przeintelektualizowanie i nadmierna formalność

Jeśli piszemy artykuł naukowy, precyzja wysławiania myśli jest jak najbardziej wskazana, nawet niezbędna. W sztuce jednakże wszystkie środki muszą być użyte tylko wtedy, kiedy służą celowi; celem zaś nie zawsze jest jak najwierniejsze przekazanie naukowej, tzw. obiektywnej prawdy. Celem często jest stworzenie konkretnego nastroju bądź osiągnięcie wartkiej narracji. Nadmiar naukowych detali — nawet całkiem prawdziwych — może w tym przeszkadzać. Oto pierwszy typ błędów opisanych w tym rozdziale.

Drugim typem błędów są błędy polegające na nadmiernym korzystaniu z formalnych zwrotów, często tam, gdzie nie są one w ogóle potrzebne. Tę samą treść można ubrać w słowa na tysiąc sposobów i do pisarza należy wybór tego właściwego, pasującego do danej sytuacji. A teraz przykłady opisanych braków.

Joanna wchodzi po schodach, ponieważ popsuła się winda: „przerwy w zaliczaniu kolejnych pięter wydłużyły się znacznie, aż w końcu przekroczyły siedem minut” (18). Czymże jest siedem minut wobec wieczności?…

Następne kilka zdań jest napisanych zdecydowanie zbyt uczonym językiem: „Odkąd jadła mniej słodyczy, a więcej mięsa, czuła się lepiej — poziom cukru tak nie skakał i nie działał destabilizująco na cały organizm, ale teraz najwyraźniej spadł gwałtownie. Zrobiło jej się słabo” (140), „Podświadomie czuła, że coś jest nie tak. Ciśnienie miała o wiele za wysokie, a jej ciało wytwarzało zbyt dużo ciepła. To powodowało wzmożoną aktywność gruczołów potowych i ubrania nieprzyjemnie się do niej lepiły. ¶ Najgorzej, że z nerwów czuła się coraz bardziej głodna” (297), „Gdy normował się jej oddech, dokładnie to samo działo się z poziomem adrenaliny i Joanna zaczęła odczuwać głód” (319).

Teraz przytoczę kilka przykładów języka zbyt formalnego i zawiłego. Strzebecka chce wytłumaczyć czytelnikowi, że Albin musiał zadowalać się chudszymi kobietami niż jego koledzy-feederzy z zagranicy, ponieważ oni mieli więcej otyłych kobiet pod ręką. Zamiast powiedzieć to wprost, pisze: „Jego kandydatka na wypasaną mogła ważyć tylko siedemdziesiąt, osiemdziesiąt kilo. Wynikało to głównie z tego, że mężczyzna nie miał takich możliwości, jak jego koledzy, którzy nie musieli koegzystować z przeciętnymi członkami społeczeństwa” (28). Niepotrzebną komplikację stwarza omowne wyrażenie „przeciętni członkowie społeczeństwa”. Przeciętni członkowie społeczeństwa za granicą to nie to samo co przeciętni członkowie społeczeństwa w Polsce, zatem być może jego zagraniczni koledzy właśnie obcowali z przeciętnymi członkami społeczeństwa, którzy byli grubsi niż przeciętni członkowie społeczeństwa w Polsce, prawda? Geniusz tkwi w prostocie.

Kolejne przykłady:

  • Realizację pomysłu z wzięciem prysznica przełożyła na rano” (169),
  • „Znacznie bardziej wolała robić zakupy przez Internet. Dostawca przywoził zamówione towary trzy razy w tygodniu. Miał stałe zlecenie. Początkowo świadczeniodawca nie chciał się zgodzić na taki układ, jednak po negocjacjach uległ sile perswazji otyłej dyrektor finansowej” (68),
  • „Przekręciła kluczyk w stacyjce. Silnik rozpoczął pracę, a wraz z nim ogrzewanie. Podgrzewana kierownica luksusowego auta była jednym z argumentów przemawiających za zakupem tego określonego modelu” (71),
  • „Przy świetle generowanym przez całkiem sporą lampkę jeepa przejrzała zawartość reklamówek” (71), „Darek miał czterdzieści pięć lat. Posiadał duży sklep internetowy, który zatrudniał kilkunastu pracowników i generował spore dochody” (87),
  • „Po chwili jednak stwierdziła, że warto skorzystać z okazji i spróbować tych specjałów” (136), „— Niech będzie sprawiedliwie. Zjadłaś ich specjały, a moimi wzgardzisz?” (248),
  • „Wstała. Nie było to łatwe z powodu drżenia nóg i braku właściwej koordynacji ruchowej” (97) — łatwiej po prostu napisać: „Wstała, choć był to nie lada wyczyn. Nogi jej drżały, a ruchy miała nieskoordynowane” lub „Wstała. To był prawdziwy wyczyn. Drżącymi nogami usiłowała wesprzeć swoje ciało” lub „Niezbornymi ruchami zdołała doprowadzić się do pozycji stojącej”…

Armaty ukryte w kwiatach 😉

Tytuł podrozdziału jest (może i lichą) parodią słów Schumanna o sile chopinowskich mazurków. Tu zgrupowane są fragmenty, które z zewnątrz kuszą kwiecistymi słówkami, ale jak już przyciężkawa metafora zostanie załadowana w lufę — strach się bać.

  • Joanna słucha opery. Z wrażenia przestaje jeść. Narrator komentuje to tak, że „ani jeden” z chipsów „nie wygrał z barwą głosu bohaterki” (106). Co by pomyślał Puccini, gdyby wiedział, że kiedyś przyjdzie mu konkurować z chipsami?
  • „Zupełnie jakbyś zszedł z Olimpu, o boski!” (174) — kto dziś tak mówi…
  • „Kiedy Wiktor pomagał jej wstać, pozwoliła sobie na głośne puszczenie gazów.¶ Były śmierdzące. Joanna przeprosiła, lecz tak naprawdę żałowała, że ten bąk nie uszedł z niej prosto pod nos mężczyzny” (306). To właściwie nie wymaga komentarza. Nie pamiętam, abyśmy nawet w przedszkolu wymierzali sobie kary poprzez puszczanie bąków na siebie nawzajem, więc to już nie jest zwykłe zdziecinnienie, lecz coś więcej…
  • „[…] była głodna, zupełnie jakby zamiast żołądka miała czarną dziurę” (299) — bez przesady.

Anachronizm

Dzień po sobotnim dancingu w pałacu, czyli w niedzielę, Joanna pojawiła się wieczorem w klinice; Narrator następnie stwierdza, że weszła do pokoju, „zajęła wolne łóżko, ale do współlokatorki nie odezwała się aż do wtorku.¶ — Jak się pani rozpakuje, zapraszam do gabinetu numer trzy. Ustalimy plan na najbliższy tydzień.¶ Pielęgniarka uśmiechnęła się i wyszła z pokoju” (158). Takie zdanie wybiegające w przyszłość bardzo mnie razi, tym bardziej, że zaraz w następnym zdaniu wracamy do niedzieli.

Parę klisz językowych

Czasem Autorka powieści sypie kliszami. Przykłady: Wiktor jest wdzięczny matce, że go urodziła (31). A gdyby go nie urodziła to byłby niewdzięczny?

Joanna „jest dopiero kandydatką na pełnowartościowego człowieka”, ponieważ nie chce jeść zdrowego jedzenia (101). Tyle się mówi o tym, żeby nie oceniać ludzi: na podstawie wyglądu, ilości posiadanych pieniędzy itp. Myślę, że określenie „kandydat na pełnowartościowego człowieka” jest niepotrzebnie poniżające.

Przełykanie, krztuszenie się i opluwanie biurka

Autorka „Nakarm mnie” stosuje wciąż te same chwyty dla wywołania u czytelnika określonych emocji. Za przykład niech posłuży przełykanie śliny, plucie i krztuszenie się, które to czynności mają wywołać wrażenie jakiegoś szoku, niespodziewanego zwrotu akcji, a tymczasem z powodu ich nadużywania wywołują jedynie irytację. Zwrot „głośno przełknął / przełknęła ślinę” oraz jego wariacje (bez przysłówka „głośno”, z dodatkiem wyrażenia „z trudem” itp.) jest użyty w powieści 25 razy!! (5, 15, 26, 35, 39, 44, 60, 63, 90, 118, 124, 147, 179, 216, 235, 239, 248, 258, 264, 275, 293, 294, 296, 300, 306, 321) Zawsze, gdy którykolwiek bohater — Wiktor, Joanna, pacjentka w klinice, tuczone kobiety — czemuś się dziwi lub na coś się cieszy, głośno przełyka ślinę. Jest to najpierw nieznośne, a później wręcz żenujące. Do tego można dodać jeden epizod „prawie” zakrztuszenia się śliną (94).

Oprócz przełykania i krztuszenia się, specjalnością Strzebeckiej jest opluwanie biurka (55, 75), które opisałem w rozdziale o akcentach.

Dobrze powiedziane

Parę ładnie opisanych spostrzeżeń i ładnych określeń:

  • „Większość pań mierzy męską atrakcyjność w centymetrach” (29)
  • „wykład dotyczył kuchennego reżimu połączonego z ciągłym umartwianiem się” (100)
  • hamletyzowanie Joanny w sprawie rozpoczęcia kuracji w klinice (139)
  • „Tworzyli dla swoich feedees hermetyczne światy, w których kwitło szczęście oparte na bólu, uległości i całkowitym oddaniu jednej ze stron. Oni ponosili koszta finansowe, a one wszelkie pozostałe. Feedersi uważali, że to jest sprawiedliwe” (143)
  • „Jeżeli udowodnię im, że potrafię schudnąć, nie zrobią mi operacji. A jeżeli udowodnię, że nie daję rady, uznają, że operacja i tak nic nie zmieni” (160)
  • „Wypił pierwszy i otarł dłoń o płócienne bojówki, a potem sprawdził sprężystość jeża na głowie” (253)
  • „gniazdo żmij” (310)

Erudycja

Autorka ceni erudycję i chce się pokazać z jak najlepszej strony, jako osoba oczytana — i to jak najbardziej popieram. Wspomina o muzyce a także o historii sztuki, choć i o tym i o tym pisze zdecydowanie zbyt oględnie: „ledwo spojrzała na kamienną konstrukcję noszącą znamiona gotyku, renesansu i baroku […] w końcu weszła na brukowaną drogę, która prowadziła do pałacu o niebieskiej, późnobarokowej fasadzie” (134).

Nie wiem natomiast — mówiąc zupełnie uczciwie — co myśleć o medycznych wyliczankach (79, 104), w których objawy są pomieszane z chorobami, przez co wyliczanka wygląda na sztucznie przedłużoną. Na ten temat niech wypowiadają się lekarze.

Błędy drobne

W klinice lekarze są z pacjentami na „ty” (102) a pani psycholog jest na „pani” (164). Nie jest to bardzo rażące, ale jest frapujące.

Fraza „jakże się pomylił” sprawia wrażenie nadużywanej, choć występuje tylko dwa razy (296, 333). Może to dlatego, że każe sądzić, iż ta pomyłka będzie miała jakieś tragiczne skutki — w ani jednym z miejsc w powieści, gdzie fraza jest użyta, żaden z takich skutków nie nadchodzi.

Teraz przedstawię coś, co jako errata powinno zostać dodrukowane do książki.

Strona Jest Powinno być
23 zadzwoń na numer komórki zadzwoń na komórkę
60 wydawała się mu wydawała mu się
82 Denerwowała go pustka czterech ścian oraz cisza, która boleśnie drażniła uszy. Nie mógł sobie z nimi poradzić z nią [pustką, nie uszami]
88 sok wyciśnięty z marchewki lepiej: z marchwi
94 waga wskazywała lepiej: wynosiła
112 tydzień przed końcem września w ostatnim tygodniu września
113 Od pierwszego października Wiktor rozpoczął działalność Pierwszego października Wiktor rozpoczął działalność

lub:

Od pierwszego października Wiktor działał

116 Jego feedee westchnęła niepocieszona.¶ Spodziewała się, że przybędą do domu rozświetlonego halogenowymi reflektorami (…) nowy akapit niepotrzebny, bo zdanie drugie posiada ten sam podmiot co pierwsze, w dodatku podmiot domyślny
317 Blondynka leżąca na materacu obok wyglądała niewiele lepiej. […]¶ Na jej twarzy Joanna nie dostrzegła żadnych wykwitów j.w.
152 cokolwiek nie wyczyniały czegokolwiek nie wyczyniały
173 trzymali za nich przysłowiowe kciuki człowiek nie ma „przysłowiowych kciuków” tylko „kciuki”
178 zjawiła się w jego pobliżu zjawiła się w pobliżu
188 to nie było na żarty to było nie na żarty
191 Joanna była najsławniejszą pacjentką, niestety nie w pozytywnym sensie mamy na to odpowiednie słowo w języku polskim: „najbardziej osławioną”
201 Nie mogła w tej chwili pojąć durnego pomysłu, który ukrył partaninę fryzjerki. Od razu po obcięciu i wysuszeniu włosów kazała uczesać się w kucyk. Nawet się nie obejrzała w lustrze. Nie mogła pojąć, czemu zachciało jej się, by od razu po obcięciu włosów uczesać ją w kucyk. Tym durnym pomysłem ukryła tylko partaninę fryzjerki.

lub:

Nie mogła pojąć, czemu od razu po obcięciu włosów, nawet się nie obejrzawszy, kazała uczesać się w kucyk. Tym durnym pomysłem ukryła tylko partaninę fryzjerki.

210 Tej nocy obie kobiety bardzo mało spały, i były wykończone bez przecinka przed „i”
221 wybrał kobietę, która nie odchudzała się od lat, lecz dopiero od niedawna … która odchudzała się nie od lat, lecz dopiero od niedawna
226 Nie chciała opuścić ani zajęć ani tej nieszczęśliwej kobiety Lecą dwa bociany, jeden czarny, drugi w lewo.
324 był młody i tak zaskoczony j.w.
239 złotko sreberko
243 uśmiech będący „wyuczonym symptomem wyrachowania” nie można się wyuczyć symptomu; z któregoś określenia trzeba zrezygnować, np. „uśmiech był tylko wyuczonym trikiem wyrachowanego drania”
246 bolał ją nie tylko kręgosłup od dźwigania nadmiaru kilogramów, ale też kolana oraz stopy od dźwigania nadmiaru kilogramów bolał ją nie tylko kręgosłup, ale też kolana oraz stopy
255 Wiktor wstał, czym obwieścił … czym dał do zrozumienia
283 Na początku maja […] Joanna obudziła się o świcie Pewnego dnia na początku maja …
295 czarna dziura, która nie oferuje nic prócz nicości Czy nicość to coś?
305 — Kiedy [Joanna] będzie [gotowa]?

— Aż uznam, że jest!

… Kiedy / gdy / jak uznam, że jest!
305 Teraz już wiedziała, że ją okłamał kolejny raz … że okłamał ją …
314 Wyszła z pokoju jak najszybciej potrafiła … najszybciej jak potrafiła
316 Skoro domagają się obżarstwa, nie dostaną nic.¶ Dobrze wiedziała, że to nic jest gorsze od śmierci „nic” w drugim zdaniu w cudzysłowie
319 uczucie zniknęło jak bańka mydlana prysło / prysnęło
319 Odwróciła się i, chociaż krzyczały, wyszła Odwróciła się i wyszła mimo ich krzyków

Korekta i redakcja

Książka zawiera kilka niedociągnięć redakcyjnych. Na pewno grubym błędem jest niewstawienie obszernego wyjaśnienia słowa „gainerka” do przypisu dolnego lub końcowego, szczególnie że słowo to pojawia się wraz z tym wyjaśnieniem w nawiasie w środku dialogu! Czy potrafimy sobie wyobrazić w rzeczywistości dwóch kolegów, z których jeden zadaje nagle, jakby od niechcenia, takie pytanie:

Niezłego linka mi podesłałeś. Co to za piękna gainerka (osoba przybierająca na wadze dla własnej przyjemności, najczęściej kobieta, ale także homoseksualny mężczyzna)?

(32)

Jestem w stanie wskazać tylko jeden film, w którym wypowiadano takie kwestie; padały one z ust Rainmana, bohatera chorego psychicznie, jednym z objawów choroby którego był pedantyzm doprowadzony do szaleństwa.

To samo dotyczy słowa „foodee” występującego dwa zdania dalej.

Z błędów drobnych wymienić należy następujące:

  • w metryce książki pomiędzy słowami „Projekt okładki” jest za duży odstęp (albo dwie spacje albo tzw. en-space czy nawet em-space);
  • w adresach URL w tejże, dla „uczytelnienia” dodana jest spacja po ukośniku;
  • w słowie „uśmiech” brakuje litery „u” (59); po słowie „zyskiwać” brakuje kropki (85); w słowie „kolejną” brakuje litery „n” (126);
  • brakuje spacji po godzinie 17:00 (159);
  • oprogramowanie do składu tekstu używane w wydawnictwie Replika nie lubi polskich liter —wystąpienie litery „ż” lub „ź” w tekście pisanym kursywą kasuje tę kursywę aż do końca wyrazu: że (10, 127, 160, 160, 203, 265, 312, 324, 326), życie (80), bądź (88), też (201).

Okładka

Okładka jest tą częścią książki, do której nie mam żadnych zastrzeżeń. Jest estetyczna i pomysłowa. Widzimy na niej grubą baletnicę, niby kukiełkę ze sznurkami, za które pociąga ogromna dłoń. (Fakt faktem, że do nóg nie są przymocowane żadne sznurki.) Na pierwszej stronie okładki zawarty jest cytat z książki, który podpowiada Czytelnikowi fałszywy trop, a wyjaśnia się zaraz na początku lektury (5). Strona druga (skrzydełko) zawiera zdjęcie i biografię Autorki, strona trzecia również zawiera cytat (275), zaś strona czwarta pod kolejnym cytatem (142) podaje krótki opis fabuły i kilka zdań o stereotypie feedera, ewidentnie przeznaczonych dla osób, które się z tym terminem nie spotkały. Notka zaznacza również, że powieść pokazuje, jak niebezpiecznym nałogiem jest obżarstwo.

Miscellanea

Jak sama nazwa wskazuje, w tym rozdziale umieszczone są kwestie poboczne, dodatkowe, mające charakter ciekawostek.

Jadłospis

Julita Strzebecka nie szczędzi czytelnikowi porad żywieniowych. Radzi na przykład, by nie zasypiać z pełnym żołądkiem (255); by zachować 15-minutowy odstęp między jedzeniem a piciem (62); by jeść węglowodany złożone, bo energia uwalnia się z nich przez dłuższy czas (20). Zauważa też, że świeże pieczywo jest bardziej tuczące od czerstwego (145) oraz że żywność przetworzona jest dwukrotnie bardziej kaloryczna od nieprzetworzonej (65, 142). Stwierdzenie numer jeden na pierwszy rzut oka wydaje się być jedną z wielu „rewelacji” promowanych przez domorosłych internetowych dietetyków, aczkolwiek możliwe, iż w tym przypadku pozory mylą. Sprawdziłem, że skrobia zawarta w chlebie podlega wraz z upływem czasu tak zwanemu procesowi retrogradacji, który zmniejsza jej podatność na trawienie, a zatem także ilość przyswajanych składników odżywczych. Jeśli chodzi o stwierdzenie numer dwa, to uważam, że „żywność przetworzona” jest zbyt ogólnym terminem, by można było mówić o tak precyzyjnie określonym związku. Mimo wszystko oceniam umieszczenie tych mini-porad w treści książki pozytywnie.

Opisy spożywanych przez bohaterów powieści pokarmów są bardzo dokładne. Nie będę analizował niezdrowego jadłospisu Joanny i innych feedee, bo są to potrawy łatwo dostępne i dobrze wszystkim znane: pizza, ciastka i tym podobne. Zaciekawiło mnie natomiast, co Autorka proponuje w zamian; co jedzą feederzy, których dietę przedstawia ona jako modelową. Oto zdrowa dieta przedstawiona w książce:

  • Mała przekąska o siedemnastej czterdzieści pięć? Dwa jogurty naturalne! (25)
  • Sposób na głód po dwudziestej drugiej — koktajl z banana i dużego opakowania jogurtu naturalnego (34).
  • Dieta zalecana przez „dobrego duszka” Leona: postne dania, surówki i gotowane jarzyny (44).
  • Śniadanie po biegu o ósmej rano: duża szklanka koktajlu jogurtowego z mango i bananem oraz kanapka z bryndzą, tuńczykiem i oliwkami na pumperniklu — wszystko serwowane w barze sałatkowym (54).
  • Obiad po wyczerpujących zakupach? Zestaw z grillowanym łososiem, kaszą jaglaną i trzema surówkami, bez deseru (56).
  • A jako napój po takim obiedzie: szklanka ziołowej herbaty z hibiskusem słodzonej stewią (62).
  • Śniadanie po bezsennej nocy spędzonej przed komputerem, mające dawać siłę do ćwiczeń na siłowni? Płatki owsiane, banan i jogurt (86). Serio? Mięśnie chyba nie powstają z bananów, aczkolwiek ja tam się nie znam…
  • A po dwugodzinnym treningu na siłowni — odżywczy koktajl proteinowy w klubie! (87)
  • Zapraszasz kolegę do domu? Podaj mu w salonie na „profesjonalnym wózku kelnerskim” surowe warzywa, chleb pełnoziarnisty oraz sałatkę z tuńczykiem i ryżem na zimno (87).
  • Zbyt dobre, by nie zacytować:
    „Darek uniósł, jak w toaście, szklankę soku świeżo wyciśniętego z marchewki [tylko jednej? — przyp. Wrou.] i pomarańczy, a potem opróżnił ją kilkoma łykami.
    — Jestem dominatorem — powiedział z dumą.
    — Widać — odparował złośliwie gospodarz.” (88)
    Czy aby na pewno złośliwość Wiktora wywołana była komizmem tego opisu?…
  • Do wódki — mięsne zakąski usmażone na beztłuszczowej patelni: mięso drobiowe z ananasem i marchewką oraz kawałki pieczonych warzyw (o alkoholu będzie mowa później) (92–93).
  • Jedzenie serwowane w warszawskiej klinice otyłości widziane oczyma Joanny: sałatki, nieapetyczne ciasto, różnokolorowe płyny (100). Sugestia pracownicy baru: potrójna porcja grillowanej piersi z kurczaka w żurawinie z pieczonymi ziemniakami, faszerowaną cukinią i sokiem pomarańczowym (101).
  • Rada „duszka” Leona: jeść sałatę, rybę gotowaną na parze i surowe jabłka oraz robić półprzysiady połączone z wymachem rąk (108).
  • Napój na spotkania feederów: woda mineralna (109), kawa (246) lub „mocna i doskonale orzeźwiająca” lemoniada miętowa (304). Niestety również wódka (92–93) i piwo (253–254).
  • Feederzy też czują głód! Szczególnie gdy naoglądają się filmików z feedee jedzącymi „w czarujący sposób”. Wtedy sięgają po owsiankę na wodzie z jabłkiem (121–122).
  • Joannie zdarza się też jeść zdrowo: wcina na przykład kanapki z grillowanym schabem karkowym, pieczarkami i oscypkiem, z chili con carne i awokado oraz z pastą tuńczykową, ogórkiem, kukurydzą i żółtym serem, aczkolwiek niezdrowe może być to, że wcina je wszystkie naraz a do tego zjada czekoladowy deser (132).
  • W restauracji pałacowej Joanna również pochłania jedzenie, które można uznać za zdrowe: bulion z bawołu, zupę z mięsnymi kawałkami, chili z bawołu oraz polędwicę i zapiekankę z bawołu po burgundzku (136).
  • Posiłki w klinice otyłości. Śniadanie: owsianka, połówka czerwonej papryki, trzy liście sałaty i gruby plaster szynki, czasem również marchew (166, 189, 211). Drugie śniadanie: jabłko i banan (167). Obiad: cienka zupka warzywna oraz pieczona ryba z bukietem jarzyn (167).
  • W czasie swego zatrucia pokarmowego Joanna je dietetyczne potrawy: sucharki i marchwiankę (287).

Co może dziwić, feederzy starający się prowadzić zdrowy tryb życia i debatujący o wyższości jednego słodzika nad innym — nie stronią od alkoholu. Co gorsza, używają go jako środka pomagającego radzić sobie z problemami emocjonalnymi: utratą pracy (wódka, 92), znalezieniem się w sytuacji bez wyjścia (trzy piwa przed śniadaniem, 170) — czyli dokładnie tak, jak tego robić nie wolno. Co niewybaczalne, Wiktor prowadzi samochód, kiedy jest ewidentnie pijany: najpierw wypija dwie lub trzy podwójne wódki na dancingu a następnie zaledwie po kilku godzinach siada za kółko! (175) Uważam, że umieszczanie takiej sceny w powieści jest ze strony pisarza nieodpowiedzialne. My Polacy mamy problem z nadużywaniem alkoholu, a zatem zadaniem ludzi kultury powinno być raczej promowanie abstynencji aniżeli uprawianie taniego efekciarstwa z jego udziałem. To nie jest takie trudne, wystarczy po prostu zrezygnować ze scen z alkoholem — tak jak to się stało na przestrzeni ostatniego półwiecza z papierosami w filmach.

Niektórzy czytelnicy w recenzjach twierdzili, że opisy spożywanych pokarmów są aż nadto dokładne, a wręcz irytujące. Szczerze mówiąc, ja nie odniosłem takiego wrażenia. Ewidentnym celem umieszczania nazw jedzonych produktów w scenach obżarstwa Joanny było nadanie im bardziej realistycznego charakteru; być może chodziło także o zaszokowanie czytelnika. Ten zabieg w moim odczuciu się udał.

Jeszcze jedna uwaga na temat jedzenia. Otóż Autorka zdaje się nie uwzględniać w swym światopoglądzie możliwości, że ktoś po prostu nie ma hopla na punkcie jedzenia i dlatego nie tyje. W świecie „Nakarm mnie” feederzy odczuwają napady głodu tak samo jak feedees, na przykład gdy oglądają filmik jedzącej dziewczyny, tyle że zaspokajają ten głód zdrowym jedzeniem i dlatego są chudzi (121). To nie musi być wcale prawda. Na przykład dla mnie jedzenie jest czymś zupełnie neutralnym, nie jest jakąś rozkoszą, na którą wyczekuję i której chcę się oddać przy każdej sposobności. Myślę, że różnica między jednymi a drugimi ludźmi może tkwić w genach, ale może też tkwić w psychice — w tym, jak postrzegają oni jedzenie. Być może dla kogoś będzie pomocne uświadomienie sobie tej ewentualności.

Muzyka

Miłym dla mnie zaskoczeniem okazał się fakt, że Julita Strzebecka ubarwiła powieść odniesieniami do muzyki klasycznej. Jej wielbicielką jest główna bohaterka, Joanna. Może jest nią także Autorka, a może po prostu obecność muzyki klasycznej w powieści bierze się z inspiracji wzmiankowanym już filmem „Fat Girls and Feeders”, w którym wykorzystano taki właśnie podkład muzyczny. W każdym razie opisy pochłanianego przez Joannę śmieciowego jedzenia przeplatane są opisami utworów, których Joanna słucha.

O ile niczego nie przeoczyłem, w powieści jest osiemnaście epizodów słuchania muzyki przez Joannę (6, 16, 21, 37, 49–51, 71, 73, 75, 80–81, 97, 98, 106, 127, 132, 133, 156, 158, 166). Pierwszy z nich pojawia się już na drugiej stronie (druga strona ma numer 6). Epizod opisany na stronie 156 jest o tyle wyjątkowy, że Joanna słucha muzyki, której nie lubi i nie chce słuchać, uczestniczy bowiem w pałacowym dancingu. Później Joanna gubi swój odtwarzacz w klinice bariatrycznej (167), zatem wątek muzyczny się urywa. Strzebecka więcej nie porusza tego tematu, poza wzmianką o tym, że Wiktor nie toleruje upodobań muzycznych Joanny (261). Wiktor — przedstawiany jako człowiek o niewyrobionym guście, nieobcujący z żadną sztuką i nieinteresujący się nią — wyobrażając sobie seks z Joanną słyszy w głowie piosenkę disco-polo (241).

Przedstawiam playlistę Joanny czyli — jak to określa Autorka — „plik z muzyką poważną”, wraz z odpowiednimi numerami stron oraz datami skomponowania utworów:

  • (6) Siergiej Prokofiew — „Montecchi i Capuletti” op. 64b nr 1 (utwór zwany również „Tańcem rycerzy”; miniatura z II suity z baletu „Romeo i Julia”, 1936) posłuchaj
  • (16) Nikołaj Rimski-Korsakow — tzw. „Lot trzmiela” (fragment III aktu opery „Bajka o carze Sałtanie”, dzieło nieopusowane, 1899–1900) posłuchaj
  • (21) Ferenc Liszt — „Marzenie miłosne” nr 3 As-dur S. 541 (nokturn, 1850) posłuchaj
  • (37) Franz Schubert — „Serenada” d-moll D. 957 nr 4 (pieśń ze zbioru „Łabędzi śpiew”, 1828) posłuchaj
  • (49) Georg Friedrich Händel — „Mesjasz” HWV 56 (oratorium, 1741), prawdopodobnie chodzi o chór „Alleluja” nr 44 posłuchaj
  • (49, 71) Ludwig van Beethoven — IX Symfonia d-moll op. 125, część IV bazująca na tekście „Ody do radości” Schillera (1824) posłuchaj
  • (49) Charles Gounod — „Laudate Dominum” CG 105 (pieśń religijna nr 18 ze zbioru „Chants sacrés”, 1878) posłuchaj
  • (49, 51) Ludwig van Beethoven — V Symfonia c-moll op. 67 (1808) posłuchaj transkrypcji fortepianowej Ferenca Liszta
  • (73) Piotr Czajkowski — Suita z baletu „Dziadek do orzechów” op. 71a (1892) posłuchaj transkrypcji na dwa fortepiany Nicolasa Economou
  • (81) Georges Bizet — „Carmen” (opera komiczna, 1873–1874) posłuchaj
  • (97) Fryderyk Chopin — II Sonata fortepianowa b-moll op. 35, cz. IV „Marsz” (zw. żałobnym, 1837) posłuchaj
  • (98) Siergiej Chudekow, Marius Petipa, Ludwig Minkus — „Bajadera” (balet, 1877) posłuchaj
  • (106) Giacomo Puccini — „Madama[i] Butterfly” SC 74 (opera, 1903–1904) posłuchaj
  • (127) Ludwig van Beethoven — „Dla Elizy” a-moll WoO 59 (bagatela, 1810) posłuchaj wykonania Psa Rowlfa z „Ulicy Sezamkowej”
  • (132, 158) Jerzy Petersburski (muzyka), Zenon Friedwald (tekst) — „To ostatnia niedziela”, piosenka w formie tanga (1935) posłuchaj wykonania Mieczysława Fogga
  • (133) piosenki z musicali
  • (166) Claude Debussy — „Clair de lune”, miniatura, trzecia część cyklu „Suite bergamasque” L. 75 (1890–1905) posłuchaj

Jest to zbiór niewątpliwie rozległy — są tu i dzieła orkiestrowe i sceniczne i solowe. Brakuje dzieł kameralnych — do następnej książki polecam pani Strzebeckiej kwartet „Śmierć i dziewczyna” Schuberta oraz Sonatę na fortepian i skrzypce d-moll op. 9 Szymanowskiego. Sam z kolei winien jestem jej podziękowanie za wspomnienie o Minkusie — kompozytorze, o którym w szkołach nie uczą i którego nie znałem. (Właściwie w szkołach muzycznych nie uczą prawie wcale o balecie, ale to inna historia; poza tym od baletu mamy aż całe pięć szkół baletowych w naszym 38-milionowym kraju.)

Powyższe utwory to hity, jak już zaznaczyłem we wstępie. Niektóre z nich są wartościowe — symfonie Beethovena czy „Mesjasz” Händla — inne z kolei są niewiele znaczącymi w historii muzyki drobiazgami („Dla Elizy”), które nie stanowią nawet osobnych utworów („Lot trzmiela”), ale z tych lub innych powodów zyskały popularność.

Joanna — a może także Julita? — jest melomanką. Słucha hitów w sposób, w jaki muzyki słucha meloman: muzyka uważana jest przez nią za źródło łatwej przyjemności estetycznej (73), środek do „ukojenia nerwów” (166) albo dodatek do jedzenia, aby „czerstwy chleb smakował jak królewskie danie” (49). Nigdy nie jest ona daniem głównym, a zawsze dodatkiem. Czasem bohaterka ustawia odtwarzacz tak, by powtarzał dany utwór od początku nieograniczoną liczbę razy (97, 166) — w międzyczasie zajmuje się czymś innym, nie koncentruje się na przesłuchiwanym utworze. Na przykład otumania swój mózg miniaturą „Clair de lune” powtarzaną w kółko przez półtorej godziny! Mam nadzieję jeszcze pokazać w następnych notkach, że jest to bardzo płytki i niewiele dający sposób obcowania z muzyką. (Swoją drogą dziwię się, że w żadnej z recenzji piejących o tym, jaka to szokująca jest książka Strzebeckiej, nie znalazła się wzmianka o powyższym, nie mniej szokującym rytuale. Świadczy to niewątpliwie o katastrofalnym stopniu zaniku umiejętności obcowania z muzyką w naszym społeczeństwie — ale o tym będą następne notki.)

W muzycznych wzmiankach Julita Strzebecka zazwyczaj wymienia tylko tytuły utworów i nazwiska kompozytorów oraz dodaje, że utwór jest „piękny”. Czasem stara się wypisywać tytuły profesjonalnie, tzn. pisze co jest częścią czego, co ma jaką formę i tak dalej. Czasem próbuje błysnąć erudycją, jest ona jednak stanowczo zbyt powierzchowna, by wywrzeć dodatnie wrażenie na czytelniku. Akurat tu czuję się uprawniony do ponownego przywołania nazwiska Thomasa Manna, który również nie będąc muzykiem miał ciągotki do mieszania muzyki w fabuły swych powieści. We wczesnej twórczości przy wątkach muzycznych Mann pływał trochę po powierzchni, ale już na przykład w „Doktorze Faustusie” widać było, że pisarz orientował się doskonale w tym, o czym pisał; to, w jaki sposób skomentował ostatnią sonatę fortepianową Beethovena albo technikę dodekafoniczną, daje wiele do myślenia także profesjonalnemu muzykowi! Widać, że jego rozumienie pewnych zjawisk i problemów istniejących w muzyce znacznie wykraczało poza to, co wie o nich nawet fachowiec, zaś erudycja pozwalała powiązać je z trendami obecnymi w innych dziedzinach sztuki i w efekcie patrzeć na te zjawiska i problemy z dużej perspektywy. Nie oczekiwałem oczywiście, że te cechy odnajdę w prozie Strzebeckiej; przedstawiam to raczej jako nieosiągalny ideał, do którego każdy pisarz winien dążyć.

Spośród wspomnianych utworów jedynie nieliczne pozycje doczekały się słów komentarza. Temat utworu Prokofiewa określony jest jako „wyrazisty rytmicznie i oparty na rozłożonych trójdźwiękach” (6) — prawda, ale to samo można powiedzieć o wielu różnych utworach powstałych na przestrzeni wieków. Cóż, nie przetłumaczy się zapisu nutowego na słowa; no, teoretycznie jest to możliwe: „temat rozpoczyna się w tonacji e-moll od rozłożonej toniki, wznoszącej się i opadającej bez opuszczania składników, od kwinty do prymy oktawę wyżej, w rytmie punktowanym ósemka z kropką szesnastka w metrum trzy czwarte” itd. itd. Niemniej taki opis jest zupełnie niepotrzebny nikomu. Więc skoro — przyjmijmy — nie da się zapisać nut słowami, to trzeba zapisać jakąś jedną–dwie impresje, coś, co nam się szczególnie nasunęło na myśl podczas słuchania. Określenie Strzebeckiej jest w tym kontekście mało mówiące. „Wyrazisty rytmicznie i oparty na rozłożonych trójdźwiękach” jest bowiem również przykładowo początek Symfonii „Klasycznej” Prokofiewa: https://youtu.be/WLT55kPIFCo — a każdy zgodzi się, że te dwa utwory niewiele mają ze sobą wspólnego.

Ponadto, zaznaczone jest, że IX Symfonię Beethoven napisał, kiedy był już głuchy (71) — fakt wzmiankowany wyłącznie po to, by móc w następnym zdaniu powiedzieć, że choć Joanna problemów ze słuchem nie miała, to pozostawała głucha na głos swego wnętrza… No tak, widziałem już w życiu zręczniejsze sformułowania.

Autorka wyraża opinię, że muzyka Czajkowskiego jest lekka i nieskomplikowana w porównaniu do muzyki Beethovena z jej intensywnymi uczuciami (80). Cieszę się, że ma Autorka takie spostrzeżenia, bo to oznacza, że odbiera muzykę w sposób w jakimś stopniu świadomy. W dużym procencie ma zresztą rację. Mimo wszystko, jest to jedno z tych kategorycznych stwierdzeń, których każdy powinien się wystrzegać, obojętnie jak dobrze zna się na tym, o czym mówi. (Polecam zaznajomić się z poematem „Francesca da Rimini” op. 32.)

Z rzetelności dodam, że Autorka wspomina jeszcze o efektownych układach tanecznych z pochodniami w „Bajaderze” (98) oraz o tym, że „Madama Butterfly” osadzona jest w japońskich realiach (106). Na tym komentarze do wzmiankowanej muzyki się kończą.

Podsumowując: oczywiście, powieść to nie podręcznik do teorii muzyki czy do historii muzyki i nikt nie oczekuje od niej rozległych dysertacji. I właśnie dlatego pisarz musi mieć doskonałe rozeznanie w temacie, by wyłuskać z całej masy informacji tych kilka rzeczywiście interesujących i następnie móc je w jednym lub dwu zdaniach streścić. Dobrzy pisarze to przede wszystkim dobrzy humaniści. A zgodnie z powiedzeniem niejakiego profesora Weinera, humanistą nie jest ten, komu brak umiejętności całkowania, ale ten, kto — jak Goethe — posiada rozległą humanistyczną wiedzę.

Takie „poboczne”, wydawałoby się, wątki jak wątek muzycznych zainteresowań bohaterki w niemałym stopniu decydują o wartości książki. Ich wprowadzenie daje autorowi możliwość popisania się, ale też pogrążenia się. Warto więc włożyć w nie dużo zaangażowania albo zrezygnować z nich w ogóle. Nie twierdzę bynajmniej, że Strzebecka się przez nie pogrążyła — to byłaby spora przesada; zmarnowała jednak pewną szansę na podniesienie rangi swej książki.

Miejsce akcji

Akcja powieści toczy się w Warszawie (mieszkanie Joanny, Wiktora, Albina, praca Joanny, inne miejsca) oraz w tajemniczym Kurowie (111) ze „sławnym na cały kraj” (121) kompleksem rekreacyjno-historycznym oraz kliniką otyłości. W Kurowie Wiktor kupuje z Albinem i Darkiem dom niedaleko kliniki, w którym tuczone są cztery kobiety i Joanna.

Kompleks i klinika

Fraza „kompleks rekreacyjno-historyczny” w Kurowie pojawia się w powieści tak wiele razy (121, 129, 138, 154, 177, 205), że ma się wrażenie, jakby Strzebecka chciała zareklamować tę instytucję. Niestety: Kurowo z kompleksem i kliniką nie istnieje w rzeczywistości, acz nie przeczę, że jest prawdopodobnie w stu procentach kolażem faktów dotyczących podobnych miejsc, które Autorka zna, ponieważ jego opisy są bardzo realistyczne i szczegółowe (208). Strzebecka wymyśla również etymologię nazwy Kurowo (207), która ma pochodzić od zagubionej w lesie kury podążającej za głosem koguta.

Kurowo leży w zasięgu „intrygującego” (129), szatańskiego kodu pocztowego 66-600. Na kogo wypadnie, na tego bęc — a wypadło akurat na położoną w środku województwa lubuskiego miejscowość o nazwie Czarnowo. To obok niej Strzebecka umieściła Kurowo. Czarnowo zresztą również pojawia się kilkakrotnie w książce. Być może nieco więcej światła na topografię Kurowa rzuca wzmianka o tym, jak to Joanna idąc do jedynego fryzjera w miasteczku, mającego salon na rynku, przemierza ulicę Kościelną (197); są to jednak fakty pasujące do tak wielu mieścin w Polsce, że równie dobrze mogą nie oznaczać nic.

Dom Wiktora

Nieopodal kliniki mieści się kawalerski dom Wiktora, Albina i Darka. Jest „ogromny”, wygląda „niczym siedziba gwiazdora hollywoodzkiego” (243), ma 250 m2 powierzchni, w tym 160 m2 powierzchni użytkowej (232), na której rozmieszczone jest 5 pokoi, salon (246) oraz oczywiście piwnica, w której tuczone są kobiety.

Dla mnie jest to miejsce magiczne, podniecające; miejsce, gdzie można pozbyć się wszelkich hamulców, nie podlegając ostracyzmowi otoczenia. Autorka roztacza wokół niego aurę nieskończonych możliwości — mężczyźni organizują transporty dowolnych ilości jedzenia, dom jest w stanie pomieścić wszystko, posiada tajemne przejścia, aż tchnie nowością, jest perfekcyjnie wykończony. Opis odrealnionej idylli, którą stwarzają w nim trzej kumple, oraz igraszek, które tam mają miejsce, jest bardzo udany i pociągający.

Mogali Efua Mansa

Joanna adoptowała na odległość pewną dziewczynkę, imieniem Mogali Efua Mansa, z sierocińca w Ghanie. Oprócz niej, Joanna od trzech lat utrzymuje również pozostałe dzieci z sierocińca. Wydaje się, że Joanna nigdy nie spotkała się z dziewczynką na żywo, lecz stale o niej myśli.

Dziewczynka pojawia się w jej świadomości często w towarzystwie Leona i jedzenia. Mogali pełni zatem rolę zastępnika własnego dziecka Joanny, którego ta z powodu swej otyłości mieć nie może, choć bardzo tego chce (16–17, 21–22, 200); ponadto, pełni rolę anioła stróża, który napomina ją w myślach, gdy Joanna się obżera (20, 39–40, 249, 311); wreszcie, występuje w roli nagrody, którą Joanna dostanie, kiedy już upora się z własną chorobą — a zarazem w roli bodźca, który zagrzewa ją do walki o swoje zdrowie (194, 229, 273, 319, 323, 334).

Wprowadzenie tego wątku do powieści oceniam pozytywnie. Nie jest on zbyt rozbudowany, nie łączy się z żadnymi innymi filantropijnymi tendencjami Joanny (których ta nie posiada), zatem jest zupełnie niezależny od portretu tej bohaterki, nie wynika logicznie z pozostałych jej cech. Mimo to, nie przeszkadza w odbiorze fabuły, poza tym, że pod koniec książki Mogali występuje trzykrotnie dokładnie w takim samym kontekście, co sprawia wrażenie, że Autorka się powtarza.

Ocena

Przyszedł czas na zakończenie moich dwuletnich rozmyślań nad tą książką. Starałem się w mojej analizie wydobyć na światło dzienne jak najwięcej faktów. Postaram się więc teraz zebrać moje obserwacje w całość.

Pomysł na fabułę nie jest zły. Z bohaterów satysfakcjonująco przedstawiona jest tylko Joanna. Wiktor jest postacią płaską, papierową, o innych zaś nie ma sensu wspominać.

Feederyzm z powieści jest zjawiskiem całkowicie wydumanym i niewiarygodnym, bo opartym na jednym źródle i fantasmagoriach Autorki. Książka pomija całkowicie postać kobiet-adipofilek.

Powieść cechuje się ogromną liczbą błędów warsztatowych. Wewnętrznie sprzeczne postaci, izolowane epizody niewnoszące nic do fabuły, naciągane wydarzenia (podrzucenie feedees), niezrozumiałe zdania, wprost koszmarna ilość powtórzeń wszystkich głównych idei, czarno-biali bohaterowie, rwące się wątki, przerywanie narracji nieistotnymi spostrzeżeniami (wystrój wnętrz), budowanie napięcia na siłę, ilość zapożyczeń granicząca z plagiatem. Na plus można zaliczyć obecność symboliki, choć nie jest ona rozwinięta.

Wiarygodność wielu postaci i wydarzeń z książki jest zerowa. Podrzucone kobiety do tuczenia mieszkające w piwnicy, dziwne zachowania bohaterów, orgazmy w czasie zawiązywania sznurówek. Jedynie opisy odchudzania się w klinice oraz kompleksu w Kurowie zasługują na uznanie.

Język jest porażająco zły przez to, że Strzebecka unika introspekcji (ale z nieudolności, a nie z przekonania). Oprócz tego mamy wiele zdań sensacyjnie brzmiących, lecz nieniosących żadnej treści; niezamierzony komizm; nieporadność prowadzącą do nadużywania formalnych zwrotów; dużo drobnych błędów. Korekta nie jest doskonała. Okładka bardzo mi się podoba. Miscellanea nie wchodzą do oceny.

Książkę czyta się miejscami przyjemnie, miejscami zaś staje się irytująca (powtórzenia, koślawe zwroty, niewiarygodność). Zakończenie jest rozwlekłe i — ex post — do przewidzenia.

Ogólnie sądzę, że stopień zainteresowania treścią i wrażenie wyniesione z lektury są odwrotnie proporcjonalne do stopnia znajomości tematu u Czytelnika (i wprost proporcjonalne do stopnia znajomości tematu u autora, ale to insza inszość). Ponieważ ja znam temat dość dobrze, mnie powieść nużyła i denerwowała, ale doceniam fakt, że wielu osobom, które z tematem adipofilii nigdy się nie zetknęły, a słowo „feeder” zobaczyły po raz pierwszy na okładce książki, może się ta powieść niesamowicie podobać. Takie osoby powiedzą, że Autorka wykazała się wręcz geniuszem, wymyślając tak ciekawych i nietuzinkowych bohaterów. Moje zdanie jest takie, że Autorka wykorzystała nośny temat i skopiowała po prostu fabułę paru innych utworów, nie dodając wiele od siebie poza polskimi imionami i realiami oraz paroma detalami bez znaczenia (pociąg do rudych włosów, feeder i bariatra w jednym, muzyka, były mąż, afrykańskie dziecko itp.).

Dlatego książkę oceniam na jakieś 0,3 w skali 0–1, którą to ocenę określiłbym przymiotnikami: słaba, mierna.

Pewien starożytny poeta rzymski radził, by z publikacją wszelkiej swojej twórczości czekać dziesięć lat, a gdy po tym okresie nadal będzie się chciało dany utwór wydać — zrobić to. Chopin mawiał: „czas to najlepsza cenzura, cierpliwość — najdoskonalszy nauczyciel”. Życzę Julicie Strzebeckiej, żeby wzięła to pod uwagę przy pisaniu następnej książki, którą mam nadzieję jeszcze kiedyś przeczytać.

Źródła

[1] http://www.pasjapisania.pl/wywiad-z-julita-strzebecka.html

[2] https://www.granice.pl/opinia/nakarm-mnie/5924350/85984

[3] https://katarzynastec.wordpress.com/2017/03/05/nakarm-mnie-julita-strzebecka-recenzja

[4] Fat Girls And Feeders (2002) https://youtu.be/NDtygpzybHk

[5] https://www.imdb.com/name/nm0860572/bio?ref_=nm_ov_bio_sm


[i] https://www.dizionario-italiano.it/dizionario-italiano.php?parola=madama

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s