𝟭𝟳 Fanatyczna obrona umiarkowania. O aborcji

Temat aborcji jest znów gorący. Niestety, tak jak prawie wszystkie inne tematy obecne w naszej zbiorowej świadomości, został on upolityczniony, stał się narzędziem walki oraz budowania tożsamości ideowej dwóch wielkich stronnictw trzymających w szponach nasz kraj. Wyraźnie widać to po ulicznych protestach, na których szybko pojawiły się niezwiązane z tematem hasła polityczne.

Czy da się nie powielać oficjalnego stanowiska grupy/partii, do której chce się przynależeć, a sformułować na ten temat jakieś własne wnioski? Wierzę, że tak. Powiem od razu, że ja stoję w tym konflikcie pośrodku. Rozumiem obydwa skrajne stanowiska, lecz obydwa odrzucam; jedno z nich zapętla się w swoim dogmatyzmie, drugie — w ogóle nie dostrzega istoty problemu. Kompromis aborcyjny, który wprowadza ustawa z 1993 roku, jest według mnie najlepszym rozwiązaniem nie tylko na czasy obecne, ale także na przyszłość. Nie popieram przesuwania go w żadną stronę.

Zupełnie szczerze

Kiedyś, w czasach nastoletnich, byłem gorącym zwolennikiem aborcji, głównie dlatego, że jako (nieochrzczony) ateista chciałem być przeciwko wszystkiemu, co nakazywała religia katolicka. To był mój znak rozpoznawczy a ostre internetowe dyskusje z nieznajomymi adwersarzami stanowiły możliwość dowartościowania się i przerodziły się z czasem w hobby.

Swoiste olśnienie, jakiego doznałem parę lat temu, było kilkuetapowe. Zaczęło się ono od sławetnej i szmirowatej sztuki „Klątwa”, którą opisałem w jednej z poprzednich notek na moim blogu. Przypomnę, że w pewnym momencie jedna z postaci mówi, że będzie sobie co trzy miesiące robiła aborcję, potem będzie przyjeżdżała do teatru i rzucała szczątkami płodów w widownię, a polskie państwo nic na tym procederze nie zarobi. Myślałem, że to taka farsa; nie wyobrażałem sobie, że mogą istnieć osoby, które naprawdę popierają aborcję na żądanie w każdym przypadku. Duże wrażenie zrobił na mnie fragment recenzji tej sztuki napisanej przez pewnego księdza:

Po jej obejrzeniu poczułem się bardzo nieswojo jeszcze z jednego powodu. Do tej pory myślałem mimo różnic światopoglądowych i filozoficznych, że wszyscy, wierzący i niewierzący, zgadzamy się w jednym: aborcja jest złem. Spektakl zaś sugeruje, że aborcja jest dobrem, czymś oczywistym. Może twórcy tak nie uważają, może ich krzywdzę taką opinią, ale przedstawienie nie daje szans, żeby sądzić inaczej. To była moja największa przykrość w czasie oglądania „Klątwy”. Nie żadne tam fellatio, tak nielubiane przez prawicowe portale, tylko właśnie wątek aborcyjny.[1]

A jednak okazało się, że takie osoby istnieją. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego to dla mnie takie odrażające.

Kobieta i mężczyzna robią sobie dziecko. Ponieważ żadne z nich nie dorastało w domu, w którym dziecko jest po prostu bezwarunkowo kochane, oboje musieli dać sobie tę miłość sami — wyrośli na narcyzów. Ich „związek” polega więc na wzajemnym wykorzystywaniu się dla własnej przyjemności, w czym oczywiście dziecko bardzo przeszkadza. Ewentualne dziecko zagraża wywróceniem ich porządku świata do góry nogami. Postanawiają się tego dziecka pozbyć, oddalić je od siebie. Ponieważ jednak świadomość, że takie dziecko będzie gdzieś istniało i być może kiedyś nawet zapragnie ich odnaleźć, wzbudza w nich niesmak/przerażenie/lęk — postanawiają pozbyć się go na zawsze — uśmiercić je.

Albo inny, acz podobny scenariusz. Oboje pochodzą z dysfunkcyjnych rodzin. Spotykają się na krótko, zaliczają wpadkę, potem cały czas prowadzą ze sobą dzikie kłótnie, przeradzające się w wojnę, w końcu się rozchodzą. Przyszła matka cierpi na zaburzenia osobowości / zaburzenia lękowe, nie jest w pełni zsocjalizowana, nie ma pojęcia o wychowywaniu dzieci, jest wciąż zależna od swojej dysfunkcyjnej rodziny. Tłumaczy sobie, że nie wychowa dziecka z powodów ekonomicznych, choć oczywiście prawdziwe powody jej obaw pozostają poza sferą jej świadomości. Proces oddawania do adopcji wydaje się jej czymś diabelnie skomplikowanym, wręcz nie do przeskoczenia. Poza tym: wstyd. Ona wstydzi się, co powie rodzina. Postanawia uśmiercić dziecko.

Chyba jednak tak nie można… To chyba jednak nienormalne i nieludzkie, żeby wady charakteru rodziców przypłacało życiem dziecko. Do tego, że w ogóle o takich dylematach dyskutujemy, doprowadziła nas właśnie kultura wiecznej zabawy, którą się nam od czasów powojennych serwuje, w której to kulturze dzieciom dawane są przywileje dorosłych a dorośli są traktowani niczym dzieci, pozbawione wszelkich obowiązków i odpowiedzialności. Jako ostateczne spełnienie i jedyny sens życia jawi się przyjemność. Czytałem ostatnio poleconą mi książkę Viktora Frankla, psychiatry, który przeżył Auschwitz. Autor wyraźnie dowodzi w niej, czemu przyjemność w żaden sposób nie może stanowić celu życia.

Defekty takie jak narcyzm czy paraliżujący lęk przed popełnieniem błędu daje się bardzo skutecznie leczyć psychoterapeutycznie. Co więcej, zmierzenie się z realnym życiowym wyzwaniem, takim jak wychowanie dziecka, jest doskonałym elementem takiej terapii. Powiem jeszcze więcej: unikanie rzeczy wyzwalających lęk, na przykład wychowywania dziecka, jest klasycznym objawem zaburzeń lękowych. Takie unikanie niestety tylko potęguje lęk, a więc oddala pacjenta od szczęśliwego życia.

Jeśli masz dwadzieścia parę lat i dotąd nie udało ci się „wdrożyć się w życie”, nie licz na to, że stanie się to w przeciągu następnych dziesięcioleci. Jeśli nie wiesz co ze sobą zrobić, zaczynasz mnóstwo projektów, choć zauważasz, że żaden z nich nie przynosi ci długofalowej satysfakcji — może ta niechciana ciąża jest właśnie tym czymś, co pozwoli ci wreszcie zacząć żyć szczęśliwie, kiedy już przeorganizujesz swoje życie tak, by na pierwszym miejscu mieć rzeczy naprawdę ważne? Wiesz, nasza psychika jest w gruncie rzeczy prosta, ponieważ ukształtowała się w prostych sytuacjach, w których ludzie od setek tysięcy lat się znajdowali. Szczęście przynoszą nam proste sprawy (głównie dobre kontakty z innymi ludźmi). Prawie wszyscy mamy potrzebę wychowywania potomstwa. Można od niej uciekać na rozmaite sposoby, ale będzie ona powracać w coraz to innych wcieleniach (opieka nad cudzymi dziećmi, zwierzętami, innymi dorosłymi, którzy sobie „nie radzą” itp.). Nie da się tego wszystkiego zanegować „dyskursami”, „narracjami” i „ideologiami”.

Pomyśl o tym wszystkim jak o Egzaminie z Człowieczeństwa. Jeśli znajdziesz się na otwartym morzu podczas sztormu, zaopiekujesz się dzieckiem na pokładzie czy wyrzucisz je za burtę, żeby pozbyć się kłopotu?

Embrion, płód, dziecko, istnienie ludzkie

Osią sporu o dopuszczalność aborcji jest pytanie, czy i w jakim zakresie człowiek przed urodzeniem jest równy w prawach człowiekowi po urodzeniu.

Przyznam, że dziwi mnie, czemu większość proaborcyjnej publiki zdaje się owej kwestii w ogóle nie zauważać. (Mówię: większość, nie wszyscy. Kontrprzykładem może być etyk, prof. Hołówka.) Taki brak zrozumienia uwidacznia się między innymi w mnóstwie wariacji na temat sloganu „Moje ciało — moja decyzja”. Otóż gdyby w problemie aborcji chodziło wyłącznie o ciało kobiety, to pod względem moralnym byłby on na tym samym poziomie co usunięcie pryszcza. No — żeby oddać sprawie należną jej powagę — powiedzmy, że amputacja kończyny. Moja noga — moja sprawa. Ale płód to nie moja noga.

Płód w oczywisty sposób nie jest częścią ciała matki. Jest to organizm ludzki o osobnym kodzie genetycznym (a więc różni się od plemnika i komórki jajowej wziętych osobno), rozwijający się aż do uzyskania zdolności do samodzielnej egzystencji. Tego stanu rzeczy nie są w stanie zmienić żadne poboczne fakty: ani to, że nie jest on jeszcze do samodzielnej egzystencji zdolny, ani to, że nie jest on świadomy ani nawet to, że być może nie ma on jeszcze wykształconych niektórych organów.

Co zrozumiałe, część osób chce zredukować dysonans poznawczy, jaki odczuwają, gdy z jednej strony widzą coś, co powoli staje się pełnoprawnym człowiekiem, a z drugiej — bardzo chcą mieć możliwość uśmiercenia tego czegoś. Robią to poprzez odczłowieczenie owej istoty. Mówią: to embrion, nie należy się nim przejmować.

To metoda stara jak świat. Przeczytałem kiedyś, że w czasach niewolnictwa zapadło w Ameryce orzeczenie sądu, w którym stwierdzono, że uśmierconych przez nieuwagę niewolników na statku należy traktować jak zniszczony towar, a zatem roszczenia względem sprawcy ewentualnego wypadku mogą obejmować wyłącznie zadośćuczynienie pieniężne. Przypadków odczłowieczania ludzi jest dużo więcej. Odpuszczę sobie te oczywiste, pochodzące z początku wieku XX, za to zauważę, że właśnie tę metodę stosują teraz w sporze o aborcję panowie „patrioci”, twierdząc, że kobiety-feministki to nie kobiety, czym rozgrzeszają się ze swojej fizycznej wobec nich agresji.

Dygresja o moralności

Tutaj pokuszę się o małą dygresję na temat moralności. Przy okazji wyjaśnię, dlaczego twierdzenie, że mężczyźni nie powinni się wypowiadać na temat aborcji oraz twierdzenie, że przecież chodzi tylko o legalizację a nie przymus aborcji, a więc jej przeciwnicy również nie powinni się na ten temat wypowiadać — to kompletny nonsens.

Zastanów się, co czujesz, gdy ktoś pogwałca twoje zasady moralne. Czy powiesz mu: „Wiesz, ja tam nie pochwalam wsadzania żywych kociąt do wiader i podpalania ich, ale jeśli ty masz takie hobby, to nie ma problemu”? (Przypadek prawdziwy.) Oczywiście że nie. Obrońcy praw zwierząt, tacy jak fundacja Ludzie Przeciw Myśliwym, starają się doprowadzić do skazywania osób dręczących bądź zabijających zwierzęta. Parę lat temu usiłowano na przykład zdelegalizować sadystyczną praktykę tzw. uboju rytualnego zwierząt (notabene zablokował te wysiłki wyrok Trybunału Konstytucyjnego — tego poprzedniego, „dobrego”, z prof. Rzeplińskim na czele). A zatem: w imię zasad moralnych, ludzie ingerują w życie innych ludzi. Chronią tych, którzy o ochronę się nie upomną — w tym wypadku zwierzęta.

Dlaczego więc nie przyjmujesz do wiadomości faktu, że aborcja wywołuje u niektórych podobne odczucia jak zabijanie zwierząt wywołuje u Ciebie? Jeśli ktoś wierzy, że człowiek w każdym stadium rozwoju ma równe prawa, a jego życie jest najbardziej podstawową z wartości, to logiczną konsekwencją tego poglądu jest zakaz aborcji. Zakaz aborcji dla wszystkich. Nie: prywatna preferencja donoszenia swojej własnej ciąży, tylko nakaz moralny ochrony życia dziecka, nawet tego należącego do nieznajomych. A więc także znajdującego się w Twoim ciele płodu. Ci ludzie również ingerują w cudze życie z powodu hołdowania takim a nie innym zasadom moralnym. Również chronią oni istoty, które nie są w stanie chronić się same — płody / małych ludzi.

Czy więc prawo do moralnej oceny aborcji mają jedynie kobiety? Tylko jeśli prawo do moralnej oceny odstrzału dzików mają jedynie dziki a o wycince drzew z Puszczy Białowieskiej mogą stanowić jedynie drzewa.

Etyka w teorii i w praktyce

Teraz powiem coś o teoretycznych, akademickich dyskusjach oraz o tym, dlaczego uważam je za szermierkę słowną.

Systemy etyczne można podzielić na te, które oceniają działania z perspektywy ich konsekwencji (konsekwencjalistyczne) oraz te, które za podstawę biorą wartość, która ma się rzekomo znajdować w ludzkich czynach (deontologiczne). Tak się składa, że środowiska postępowe co do zasady odwołują się do tych pierwszych, natomiast religijnie motywowani konserwatyści — do tych drugich. Tak jest co do zasady, bo obie strony konfliktu wprowadzają do swoich nauk miks obu podejść.

I tak, aktywiści pro-aborcyjni argumentują, że płód można uśmiercić, bo nie ma on jeszcze świadomości, emocji, pragnień, więc nie przysporzymy mu cierpienia a nasze działanie nie pociągnie za sobą żadnych negatywnych konsekwencji. Podejście niby konsekwencjalistyczne. Jednocześnie zaś utrzymują, że w ten sposób dają kobiecie prawo wyboru, a więc występują w obronie wartości, jaką przedstawia sobą sama możliwość wyboru (o tym będzie jeszcze mowa). Podejście deontologiczne.

Z kolei anty-aborcjoniści często popierają karę śmierci, zatem nie chronią życia jako takiego, jako wartości absolutnej, wbrew temu co zdają się twierdzić. Podejście deontologiczne każe uznawać życie za wartość samą w sobie, więc nawet zabicie najgorszego przestępcy powinno być w ramach tego podejścia uznawane za zbrodnię. „Nie będziesz zabijał” jest bardzo jasną dyrektywą; każda jej „interpretacja” jest w istocie jej negacją, tworzy precedens. Po pewnym czasie takiego postępowania każdą dyrektywę moralną można już interpretować całkowicie dowolnie i żadne prawo się nie ostaje.

Jednak problemy, jakie mam z obydwoma podejściami, są znacznie głębsze. Konsekwentne ich zastosowanie prowadzi do absurdów. Jeśli bowiem hołdujemy podejściu konsekwencjalistycznemu, czyli na przykład twierdzimy, że nie można znęcać się nad zwierzęciem, bo powoduje to u niego ból fizyczny i psychiczny — to zależnie od tego, jak bardzo odsuniemy się w czasie od rozpatrywanego czynu, konsekwencje będą większe lub mniejsze, może nawet zerowe. Jakie znaczenie ma to, że w czasie wojny zginęły miliony, skoro dziś i tak już prawie nikt z tych ludzi by nie żył? Z naszej perspektywy konsekwencje obu scenariuszy są te same. Jakie w ogóle znaczenie ma zabójstwo człowieka? — przecież z chwilą, kiedy przestaje on istnieć, przestaje on cokolwiek odczuwać, nie może zatem doznać krzywdy. Nasuwa to wniosek, że zadawanie śmierci jest moralnie obojętne, przynajmniej dla samej ofiary.

Z kolei drugie stanowisko prowadzi do sytuacji takich jak ta wspomniana przez prof. Kołakowskiego w jednym z jego esejów — podczas wojny nachodzi nas SS i pyta, czy ukrywamy Żydów. Tak się składa, że ukrywamy. Czy mamy o tym poinformować SS-manów? Prawdomówność jest oczywiście wartością samą w sobie, ale trudno byłoby nazwać osobą moralną kogoś, kto w takiej sytuacji powiedziałby prawdę.

W praktyce na niewiele się zdają techniczne dywagacje o tym, czy płód powinien nabywać praw w tym czy innym tygodniu ciąży. Uważam, że jeśli — tak jak ja — nie jest się wykształconym w dziedzinie etyki, to powinno się zaufać swojemu sumieniu. Najpierw jednak trzeba je w ogóle dopuścić do głosu, czyli nie zakrzykiwać go propagandą jednej lub drugiej strony. Jeśli chcesz odróżniać to, co dobre od tego, co łatwe, zaufaj czuciu i wierze (nie szkiełku i oku).

Wolność twej pięści kończy się na czubku mego nosa

Pro-aborcjoniści prawu do życia przeciwstawiają bożka w postaci prawa wyboru. Czemu bożka? Ano temu, że każde prawo może być wykonywane o tyle, o ile nie narusza prawa innej osoby. Jeśli więc w przypływie przekonania o własnej nieomylności i kompletnej głupocie mojego adwersarza zapragnę go uderzyć, to powinienem przypomnieć sobie, że ta druga osoba ma prawo do nietykalności cielesnej. Prawo do wyboru swego postępowania oczywiście dalej mi przysługuje, ale nie mogę tego prawa wykonywać z naruszeniem prawa innego człowieka.

Nawiasem mówiąc, prawo do nietykalności cielesnej jest czasem rozumiane zupełnie absurdalnie. Na przykład w USA przy okazji pewnej sprawy sądowej[2] stwierdzono, że głównym celem aborcji na żądanie jest zabezpieczenie prawa do nietykalności cielesnej ciężarnej kobiety. Brzmi to tak, jak gdyby płód z własnej woli przyszedł do kobiety nie wiadomo skąd i zagnieździł się — jak wróg — w jej macicy. Znów mamy tu casus dwóch praw (prawo do nietykalności cielesnej vs prawo do życia), z których jedno musi zostać ograniczone, żeby drugie w ogóle mogło zaistnieć.

Skoro jesteśmy przy prawie do wyboru, pokażę, w jakich sytuacjach możemy sensownie mówić o jego stosowalności.

Wybór mniejszego zła — czemu nie popieram pani Godek

Aborcja co do zasady jest złem. Nie musicie więc, Obrońcy Wegetacji (bo na pewno nie życia), dowodzić mi, że wszyscy, którzy są za aborcją, zdążyli się urodzić. Tak, aborcja to zło wyrządzane nienarodzonemu człowiekowi; to terminacja jego życia, przed którą większość urodzonych wzbraniałaby się rękami i nogami.

Jednakże w pewnych sytuacjach aborcja jest tym mniejszym złem. Jeśli mam wybrać między życiem płodu a życiem lub zdrowiem matki, wybiorę życie lub zdrowie matki, gdyż nie można zrównywać w prawach żołędzia i w pełni wyrośniętego dębu (metafora prof. Hołówki). Tym bardziej nie wiem, czemu ów zalążek miałby być cenniejszy od drzewa, co zdajecie się głosić. Pamiętajmy, że nie tylko podjęcie działań (np. uśmiercenie płodu) lecz także niepodjęcie działań (np. odstąpienie od uśmiercenia płodu w celu ratowania matki) jest jakąś decyzją, za którą jesteśmy odpowiedzialni — dla osób wierzących to drugie można określić jako „grzech zaniechania”.

To samo tyczy się wyboru między życiem płodu a poważnym rozstrojem psychicznym, jaki może sprowadzić na kobietę przymus donoszenia ciąży z wadami letalnymi płodu. Lub chociażby z ciężkimi nieuleczalnymi chorobami takimi jak epidermolysis bullosa. (Polecam otwierający oczy, nagradzany dokument Channel 4 o nazwie „The Boy Whose Skin Fell Off”, pol. Chłopiec, któremu odpadła skóra.)

Jeśli chodzi o gwałt czy stosunek kazirodczy, jest to ten sam co powyżej przypadek trwałych negatywnych konsekwencji w sferze psychiki dla matki i dziecka. Na boku mam pytanie do wierzących: czy wasz Bóg naprawdę chciał obdarzyć kobietę dzieckiem w taki sposób? Czy w przypadku Bożych poczynań cel uświęca środki?

Uważam, że osoby tak agresywnie lobbujące za zmuszaniem kobiet do rodzenia i przebywania w czymś co można określić tylko mianem moralnego piekła, są osobami zaburzonymi psychicznie, które kierują się być może jakąś nienawiścią do reszty świata a być może jakąś żądzą zemsty za własny krzyż, który niosą przez życie. Nie musimy czuć się zobligowani do padania przed nimi na kolana i przyjmowania ich perspektywy.

Prawa kobiet a ich odpowiedzialność

Zasugerowałem już we wstępie, że każdy jest odpowiedzialny za swoje czyny (chyba że jest ubezwłasnowolniony). Na transparencie protestujących widziałem hasło: „Seks to nie zbrodnia a ciąża to nie kara”. Oczywiście, że seks to nie zbrodnia! Oczywiście, że ciąża to nie kara! Kto wam to powiedział? Rozumiem, że logika ma tu być taka: ciąża nie powinna być czymś, czym karze się ludzi. Ergo: należy zezwolić na przerywanie ciąży. Cóż, ja mam odmienny wniosek. Ergo: należy sobie uzmysłowić, że ciąża to nie kara, lecz wielka szansa, którą powinno się wykorzystać.

Poniżej przedstawię krótki komentarz do artykułów internetowych, które mnie zszokowały a które pokazują niedostatki poczucia odpowiedzialności u ludzi.

  1. https://kobieta.onet.pl/zrobilam-aborcje-nie-zaluje/t8w2cp1

Dzieci nie były jej do niczego potrzebne. Wolała poświęcić ten czas na rozwój osobisty, karierę, pasje i spędzanie czasu tylko we dwoje z partnerem. — Słyszałam, że ludzie są w gorszej sytuacji i jakoś sobie radzą z dzieckiem. No właśnie. Jakoś. Ja nie chciałam żyć jakoś — wspomina. — Wiem, co się mówi o takich kobietach jak ja — zapewnia Beata. — Że egoistki […] Jeszcze niedawno takie opinie bardzo mnie bolały. […] Nawiasem mówiąc zupełnie nie rozumiem tego zaciekłego bronienia życia poczętego za wszelką cenę. […]

Jest to kwintesencja wypaczonej osobowości, o której wspomniałem na wstępie. Pani Beata jasno pokazuje, że świat ma się kręcić wokół niej, wszak to dzieci mają być dla niej a nie ona dla dzieci. Ponad ich życie ceni swoje pasje oraz przyjemności, których dostarcza jej partner. Na końcu pokazuje również wspomniany już brak zrozumienia różnicy między moralnością a indywidualnymi upodobaniami. Pani Beato, to nie cudze opinie panią bolały. Zewnętrzne opinie mogą nas boleć tylko wtedy, kiedy czujemy, że w jakiś sposób do nas pasują. Ten ból to był głos pani sumienia.

  1. https://www.ofeminin.pl/swiat-kobiet/to-dla-nas-wazne/gdyby-aborcja-nie-byla-mozliwa-pewnie-zrobilabym-sobie-jakas-krzywde/gpze85r

Nie będę cytował tekstu — cały jest interesujący. Poza omówionymi już kwestiami, czytamy, że bohaterka była żoną damskiego boksera. To nie czas i nie miejsce na omawianie tego typu związków, jednakże proszę zauważyć, że cenę za jej nieudany związek poniosło dziecko. Chwilę później pani mówi, że nie miałaby problemów z celowym uszkodzeniem płodu, tak żeby doszło do poronienia. Okej, nie każdy musi być wzorową matką; nie każdy musi posiadać instynkt macierzyński. Mam jednak nieodparte wrażenie, że tu przekroczona została granica zwykłej ludzkiej empatii. (Można było urodzić dziecko i oddać je do adopcji.) Jako wisienka na torcie pojawia się w tekście porównanie żywego dziecka do banana, którego ktoś może lub nie może kupić i zjeść. „To się nazywa zdrowy egoizm” — mówi pani. Strach pomyśleć, co nazwałaby niezdrowym egoizmem.

Każdy ma swoją odpowiedzialność

Skoro bronię prawa każdego człowieka do życia, to czemu sam nie zaangażuję się w pomoc niepełnosprawnym lub niechcianym dzieciom? Odpowiem wprost: bo nie mam takiego obowiązku, to nie moja odpowiedzialność. Nie ja tę sytuację stworzyłem, nie ja te dzieci powołałem do istnienia. Takiego obowiązku nie ma nawet matka, która może przecież porzucić dziecko po urodzeniu, więc czemu miałaby go mieć zupełnie obca osoba? To pytanie mogę porównać do hipotetycznego żądania hodowcy zwierząt na futra: skoro zabraniacie mi hodowli, to teraz albo mnie utrzymujcie albo znajdźcie mi podobnie obciążającą i równie dobrze płatną pracę!

Każdy jest odpowiedzialny za swoje czyny i tylko do tej odpowiedzialności mamy prawo go pociągnąć. Ja byłem już w sytuacji, gdy wszystko wskazywało na to, że wbrew przewidywaniom zostanę ojcem. Byłem wtedy jednym z tych pogubionych dwudziestoparolatków, którzy „nie mogą” mieć dzieci. Najpierw przeżyłem kilka dni istnego piekła, którego nie zapomnę chyba już nigdy. Potem natomiast zacząłem reorganizację całego swojego życia. Musiałem zrezygnować z „pasji” i „karier”. Taką cenę płaci się za dorosłość i nie jest to cena wygórowana. Aborcja nawet przez myśl mi nie przeszła. (A może to właśnie to doświadczenie tak mnie „olśniło” a nie sztuka teatralna Frljicia?)

Prawa kobiet a prawa mężczyzn

Na koniec warto zastanowić się, jak do tego wszystkiego ma się osoba biologicznego ojca dziecka.

Wszędzie tam, gdzie prawo aborcyjne jest liberalne, kobieta ciężarna posiada szereg przywilejów, których nie daje się jej partnerowi. (Jeśli traktuje się płód jak pryszcz na pośladku, to oczywiście zdanie to jest nieprawdziwe; mam jednak nadzieję, że przedstawiłem mocne argumenty przeciwko takiej interpretacji.)

Czy aborcja musi być uzgodniona między obydwojgiem rodziców? Nie, (w większości krajów) decyduje o niej kobieta. O ile jest to zrozumiałe w przypadku ciąży stanowiącej bezdyskusyjną szkodę lub traumę psychiczną dla kobiety (zagrożenie życia lub zdrowia, kazirodztwo, gwałt, ciężkie wady płodu) — o tyle w przypadku aborcji z innych względów mamy już do czynienia z niesprawiedliwym podziałem praw między rodziców.

Oto niedoszła matka, pokłócona z partnerem, może w akcie zemsty zdecydować, by pozbawić go jego dziecka. Jest to decyzja nieodwracalna. Z drugiej strony, kobieta już po poczęciu dziecka ma — poprzez aborcję — możliwość uwolnienia się od ciążących na niej obowiązków macierzyńskich, podczas gdy mężczyzna tej możliwości po prostu nie ma. Jeśli mężczyzna nie chce zostać ojcem, to ostatnią możliwością zapobieżenia temu scenariuszowi jest chwila wkładania prezerwatywy, ewentualnie kupna tabletki wczesnoporonnej.

W Danii rozważano możliwość wprowadzenia tak zwanej papierowej aborcji, tj. zrzeczenia się przez ojca biologicznego praw (np. prawa kontaktu) i obowiązków wobec dziecka. Prawo do takiego rozwiązania mogłoby być wykonane jedynie w tym samym przedziale czasu, w którym matka ma możliwość wykonania legalnej aborcji. Przeciwnicy wskazują, że dopuszczenie takiego mechanizmu „byłoby wygodną ucieczką dla mężczyzn, którzy nie chcą ponosić odpowiedzialności za swoje czyny”[3]. A czymże innym jest aborcja na życzenie?

Mówi się też, że dobro narodzonego dziecka, którego częścią składową byłby kontakt z obydwojgiem rodziców, jest ważniejsze od prawa do zrzeczenia się wszelkich przywilejów i obowiązków związanych z ojcostwem. Jednakże w przypadku ojca niechcianego dziecka, owe „przywileje i obowiązki” sprowadzałyby się i tak do pewnej kwoty pieniędzy przelewanych na konto matki, a ten obowiązek może już wziąć na siebie państwo, tak przecież chętne (w krajach zachodnich) do wyrównywania przeróżnych „nierówności”. Tak, ja też uważam to za absurd, ale jest to absurd wynikający wprost z prawa do nieograniczonej aborcji na żądanie.

Słowo końcowe

Tekst przedstawił moje stanowisko i jest bardziej zachętą do dyskusji niż jej zakończeniem. W związku z tym chciałbym wyrazić następujący dezyderat: Szanujmy się nawzajem, dopuśćmy możliwość bycia w błędzie, przyjmijmy perspektywę tych, z którymi się nie zgadzamy i… nie zapominajmy o równouprawnieniu.


[1] http://wiez.com.pl/2017/06/28/bylem-na-klatwie/

[2] https://www.opn.ca6.uscourts.gov/opinions.pdf/07a0442p-06.pdf

[3] https://www.rp.pl/Rzecz-o-prawie/304229994-Zgoda-ojca-na-aborcje.html

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s